Pozwalam synom na wakacje ze smartfonem

Wrzuciłem niedawno na naszego fejsbuczka zdjęcie z pociągu. Odwoziłem akurat dzieci do dziadków, czyli moich świetnych Teściów, do Kalisza. Ktoś zwrócił uwagę w komentarzu, oczywiście krytycznie, bo, jak wiadomo, nie ma nic lepszego w życiu niż okazja, by się o coś przyczepić w sieci, że wszystko fajnie, ale dlaczego dzieci siedzą z telefonami. Odpowiem: bo mogą.

No, dobrze, ale po kolei.

Drugi semestr tego roku szkolnego dla większości z nas, rodziców, ale i dla naszych dzieci był doświadczeniem ekstremalnym. Pandemia korona wirusa sprawiła, że rząd zamknął szkoły.

Najpierw na krótko, bo przecież spodziewał się i na pewno miał ku temu powody, że koronawirus sam ucieknie z Polski w dwa tygodnie. Wiadomo: zobaczy taki wirus premiera, prezydenta, marszałka sejmu i pomyśli: “Mój Boże, gdzie ja trafiłem? Tu sami tacy mądrzy rządzący, to ja nie będę tu przeszkadzał i pójdę sobie gdzie indziej, ot, choćby do takiej Francji albo Szwecji, bo cóż że ze Szwecji”.

Jakoś ten wirus jednak sobie nie poszedł, ale optymizm rządu nie opuszczał, choć równocześnie zamykano firmy, restauracje i wszystko, co tylko dało się zamknąć. Dlatego rząd nie mógł od razu zdecydować, co dalej z oświatą i trzymał nauczycieli, rodziców i uczniów w ciągłym stanie zawieszenia, co jakiś czas przedłużając zamknięcie placówek.

Pan Minister z Panem Premierem i drugim Panem Ministrem ustalili, że szkoły są świetnie przygotowane i będą uczyły zdalnie, przez internet. Nie szkodzi, że część dzieci nie ma komputerów, smartfonów, tabletów i dostępu do szybkiego internetu w domu. Nie szkodzi, że nie ma tego też część nauczycieli. W niczym, zdaniem naszych włodarzy, nie powinno też przeszkadzać to, że nauczyciele nie potrafią nie tylko uczyć online, ale wielu nie umie nawet korzystać z dobrodziejstw nowych technologii. Będzie dobrze – uznali ministrowie zdrowia, oświaty i premier.

Zdalna edukacja, przynajmniej u nas, okazała się doświadczeniem bardzo trudnym. Nie chcę tu łatwo obwiniać nauczycieli. Jasne, większość z nich po prostu przesyłała niezliczone ilości ćwiczeń i zadań do wykonania oraz stron z podręcznika do omówienia, lekcji online było niewiele. Nie winię ich – jedni nie umieli, inni pewnie nie mieli możliwości, dyrekcja wymagała od nich, kuratorium od dyrekcji, ministerstwo od kuratorium. A skupiło się na dzieciach.

W efekcie chłopcy w tym drugim semestrze spędzali niemal całe dnie na nauce – nieefektywnej i nieefektownej.

Gdy przyszły wakacje, uznałem, że zasłużyli na labę. Na co dzień bardzo reglamentujemy chłopakom korzystanie z urządzeń z ekranem – i oglądanie telewizji, i granie na konsoli, i granie na telefonie, i oglądanie w smartfonach filmików na YouTube. W te wakacje postanowiłem odpuścić. Uważam, że zasłużyli sobie na to.

Poza tym, skoro przez cały semestr siedzieli przed ekranami, bo musieli się uczyć, to trudno teraz im opowiadać o szkodliwości wgapiania się w ekran. To jeden z negatywnych skutków ubocznych zdalnej edukacji.

Na szczęście po pierwszym okresie zachłyśnięcia się tą swobodą Fabian i Benio sami zaczęli wychodzić i bawić się na podwórku. (Wiem, że nie korzystali przy tym z internetu, bo w telefonach mają tylko domowe wi-fi.) A kiedy pojechali do dziadków, to ci też dbają, zwłaszcza dziadek, o zajęcia offline. Działka cioci i ogrodowy basen na niej, park i spacery z pieskami – to są atrakcje, podobnie jak podglądanie pracy wujka, który jest groomerem.

Czasami warto odpuścić. Dzieci są mądre i po pierwszym zachłyśnięciu się swobodą same rozsądnie się ograniczają.


Partnerem cyklu Mądry Internet jest Xiaomi
10 sprawdzonych sposobów, jak wspomóc dziecko w nauce programowania - pobierz darmowy ebook

POLECAMY