Wreszcie wakacje! A co potem?

Na ogół rodzice mają mieszane odczucia, gdy kończy się rok szkolny i zaczynają wakacje. Jasne, z jednej strony wakacje na ogół kojarzą się przyjemnie, ale z drugiej oznaczają więcej roboty, bo dzieci są w domu i trzeba jakoś je zagospodarować. Ale w tym roku – nie wiem jak Wy, ale ja na pewno – czuję przede wszystkim ogromną ulgę, że ten przedziwny i koszmarny rok szkolny wreszcie się skończył.

Zdalna niby-edukacja dała się chyba wszystkim we znaki. Wiem, były szkoły, w których działało to dobrze, ale w wielu, a może nawet w większości odbywał się taniec absurdu z fikcją.

Już w momencie zamykania szkół widać było, że szanse na powrót do normalnego nauczania w tym roku szkolnym będą niewielkie. Mimo to rząd nie zdecydował się na trwałą decyzję, tylko co chwilę przedłużał zamknięcie. Przez to nikt nie wiedział, jak i na co właściwie się przygotowywać, jak pracować, co będzie za miesiąc.  Zamiast stabilności w trudnej sytuacji dostaliśmy prowizorkę.

Ta prowizorka sprawiła, że zdalna edukacja działała, jak działała, czyli tak naprawdę – nie działała. Rząd nie wiedział, czego chce, ale chciał bardzo, więc naciskał na dyrektorów szkół, dyrektorzy – na nauczycieli, nauczyciele – na uczniów i rodziców. A finalnie najbardziej poszkodowane były oczywiście dzieci.

Gdy pisałem krytycznie o tym, jak w czasach pandemii działa szkoła, na naszym Facebooku pojawiło się sporo dość agresywnych i w gruncie rzeczy obraźliwych komentarzy od nauczycieli. Część z nich “nagrodziłem” nawet banami. W największym skrócie sens tych wypowiedzi był taki: “ojejej, biedni rodzice, nagle muszą zająć się swoimi bachorami, niech zobaczą, co my musimy znosić jako nauczyciele”.

Dla jasności: Ja bardzo lubię spędzać czas z moimi synami, uwielbiam z nimi rozmawiać, robić coś razem. Ale nagle zostałem obsadzony w roli nauczyciela, do której, jak pewnie większość rodziców, nie byłem przygotowany, a jednocześnie w roli cerbera, egzekwującego absurdalne oczekiwania nauczycieli przesyłane mailem, e-dziennikiem czy padletem.

Jeśli dla sporej części nauczycieli, bo oczywiście nie dla wszystkich, nauczanie polega na wysłaniu uczniom linków do YouTube, listy stron z podręcznika do przeczytania, listy ćwiczeń do zrobienia oraz notatki, którą dziecko ma przepisać do zeszytu, to śmiem twierdzić, że ci nauczyciele udowodnili, iż są po prostu zbędni, a płacenie im nie ma sensu. Problem tylko w tym, że nie ma ich kim zastąpić.

Pan premier zapewnia, że od września dzieci wrócą normalnie do szkoły, to ja jakoś mu nie wierzę. Bo skąd niby wie, jak będzie wyglądała sytuacja epidemiczna we wrześniu? W tej chwili mamy przecież więcej zachorowań niż w momencie, gdy rząd zamykał szkoły i gospodarkę, a minister zdrowia wciąż powtarza, że przed nami druga fala zachorowań – właśnie jesienią.

Przyznam, że poważnie liczę się z tym, że we wrześniu albo będziemy mieli do razu dalszy ciąg zdalnej edukacji, albo też ze względów propagandowych dzieci wrócą do szkół na krótko, a potem szkoły zostaną zamknięte na nowo. Od nauczycieli wiem, że szkoły przygotowują się na kontynuację zdalnej edukacji.

Dlatego coraz poważniej myślę o edukacji domowej. Skoro i tak chłopcy mają być w domu, a ja i tak będę musiał angażować się w ich nauczanie, to przynajmniej zrobimy to z głową i uwolnimy się od absurdów tego, co resort oświaty funduje polskim uczniom.

10 sprawdzonych sposobów, jak wspomóc dziecko w nauce programowania - pobierz darmowy ebook

POLECAMY