Nienawidzę Chopina!

Nienawidzę Chopina! – oświadczył mi niedawno Fabian, czyli nasz jedenastolatek. Śmiałe wyznanie i na pierwszy rzut ucha zaskakujące. Dobrze, że Chopin o tym nie wie. Kiedy jednak się zastanowić, wyznanie to niestety ma sens.

Na co dzień to ja zajmuję się sprawami szkolnymi, co oczywiście było wyjątkowo absorbujące w okresie zdalnej edukacji. Dzięki temu jednak dobrze wiem, czego uczą się chłopcy, ale też czego i w jaki sposób uczą poszczególni nauczyciele.

Nie przy każdym przedmiocie w równym stopniu umiem pomóc. Czasami brakuje mi wiedzy przedmiotowej (np. biologia zawsze była moją piętą achillesową), innym razem brak mi z kolei wiedzy metodycznej: nawet jeśli umiem matematykę, to nie potrafię jej uczyć. Są też przedmioty, z których jestem dobry, np. język polski czy historia, a jednocześnie potrafię nie tylko objaśnić, ale i zainteresować chłopców materiałem.

Ci, którzy czytają dłużej ten blog, wiedzą, że moją pasją jest muzyka. Sam tworzę, a, żeby móc to robić, staram się dużo słuchać i dużo się uczyć. Zawsze uważałem, że muzyk powinien mieć szerokie horyzonty, więc słuchałem i słucham i metalu, i techno, i jazzu, i muzyki klasycznej. Stanowcze wyznanie mojego syna zrobiło więc na mnie wrażenie.

Wiem jednak, jak pracuje jego nauczycielka muzyki. dlatego bez trudu zrozumiałem niechęć mojego syna do Fryderyka Chopina i jego twórczości. Przez cały rok katowała ich biografią kompozytora i tekstami o tym, jak wielkim był kompozytorem i za co go cenimy. Słowacki w Ferdydurke to przy tym pikuś, Pan Pikuś. Tak, dopóki nauka odbywała się w szkole, puszczała im też muzykę, ale wymagała zachwytu. A jak to zachwyca, skoro nie zachwyca? – chciałoby się spytać. Na miejscu Fabiana chyba też bym nienawidził.

W przerwach od Chopina nauczycielka rozliczała dzieci z umiejętności śpiewania proponowanych przez nią piosenek, nie uwzględniając tego, że nie każde przecież ma zdolności wokalne. Ja na przykład mam tak, że śpiewanie w moim wykonaniu grozi śmiercią lub kalectwem – moim oraz wszystkich w zasięgu mojego głosu, a ten mam donośny.

Cud pański, że dziecko nie znienawidziło muzyki w ogóle. Na szczęście często słucha jej ze mną, przysłuchuje się też, gdy tworzę własną. To dało mi przestrzeń do tego, by owego Chopina odczarować.

Pierwszym krokiem było pokazanie fragmentu występu Waldemara Malickiego i Filharmonii Dowcipu:

Chłopcy przyzwyczajeni są w domu do dźwięków muzyki techno, a jeszcze bardziej – trance, bo to mój konik i taką sam tworzę. A że pracuję muzycznie sporo, to i zdążyli się osłuchać.

Następnym krokiem był więc Chopin w wersji trance:

Równie mocno osłuchani są z metalem. Wychowałem się na metalu i do dziś często go słucham. Ciężkie brzmienia nie są więc dla nich czymś obcym ani tym bardziej przerażającym. Wybrałem dość mrocznie:

Tu uwaga zasadnicza: Jeśli Wasze dzieci nie są osłuchane z takimi brzmieniami, to może lepiej akurat tę część sobie darujcie. :)

Kiedy ustaliliśmy już zgodnie, że Chopin nie musi być nudny, mogliśmy pójść dalej. I tu sprawdziło się ćwiczenie, które swego czasu robiłem z moimi studentami w czasie zajęć z pisania kreatywnego. Jest banalnie proste.

Prosimy dziecko, by zamknęło oczy i puszczamy mu muzykę. Ważne, by była to muzyka instrumentalna, co w przypadku Chopina jest akurat oczywiste. Chodzi o to, żeby słowa nie ukierunkowywały w żaden sposób. Ja podpowiem, że warto wybierać utwory niezbyt długie, aby nie znużyć dziecka. A kiedy utwór się skończy, prosimy dziecko, by opowiedziało nam, co widziało. I wiecie co? Jeszcze nigdy nie zdarzyło się, by ktoś powiedział mi, że nic nie widział. Możemy dodatkowo zaproponować, by dziecko narysowało, co widziało, a dopiero potem opowiedziało nam o tym z obrazkiem.

Nagle okazało się, że muzyka, nawet tego znienawidzonego Chopina, może być ciekawa i inspirująca. Gdy to się udało, mogłem dopiero opowiedzieć o jego życiu. A i informacja, że za granie oraz słuchanie muzyki Chopina w czasie II wojny światowej Niemcy karali śmiercią, wywarła wielkie wrażenie.

Nie chodzi mi o to, by pastwić się nad nauczycielką Fabiana. Cóż, zdarza się przecież, że nauczyciel nie potrafi zainteresować uczniów swoim przedmiotem. Ale wtedy my, rodzice, możemy włączyć się i pokazać temat w sposób ciekawy, o ile oczywiście sami go za taki uważamy.

Muzyka, podobnie zresztą jak plastyka, traktowana jest w szkole na ogół po macoszemu: jako przedmiot poboczny, mniej ważny. A przecież to są te dwa przedmioty, które mogą wspaniale rozwijać kreatywność i wyobraźnię dziecka – cechy tak bardzo przydatne potem w życiu.

foto: Wikimedia Commons, domena publiczna
10 sprawdzonych sposobów, jak wspomóc dziecko w nauce programowania - pobierz darmowy ebook

POLECAMY