Program Rodzina500+
  • Kategoria: Żyjemy
  • Data:

500+ nie zadziałał, ale musi zostać

Co jakiś czas, a okres przedwyborczy sprzyja temu wyjątkowo, powraca dyskusja na temat programu 500+. Działa czy nie działa? Dawać czy zabierać? Pełno w niej demagogii, a mało konkretów.

Pomysł na 500+ pojawił się w kampanii wyborczej przed poprzednimi wyborami prezydenckimi. Równolegle z nimi toczyła się kampania parlamentarna. Rządząca obecnie partia Prawo i Sprawiedliwość w dużym stopniu dzięki temu pomysłowi wygrała wówczas obie elekcje.

Pozostałe partie krzyczały wtedy głośno, że to głupota, demoralizujące rozdawnictwo. Publicyści, w tym ci ekonomiczni, lamentowali, że ludzie przestaną pracować, że będą robić sobie dzieci tylko po to, żeby dostać świadczenie, itd.

Dziś właściwie wszystkie ugrupowania prześcigają się w zapewnieniach, że ten program nie zostanie zlikwidowany i że na każde dziecko te 500 złotych miesięcznie uda się znaleźć. Ciężko wyobrazić sobie dziś trzeźwo myślącego polityka, realnie myślącego o wygraniu wyborów, który zaryzykowałby publiczne choćby sugerowanie, że program mógłby zostać zlikwidowany. Ta zmiana nie wynika jednak z rzeczowej analizy, ale ze świadomości, że ludzie nie lubią, gdy im się coś zabiera. To polityczny koniunkturalizm.

Warto przypomnieć, że PiS wprowadzało 500+ jako projekt demograficzny. Jego celem miało być zachęcenie ludzi do tego, by, mówiąc wprost, rozmnażali się. Z punktu widzenia społecznego oraz ekonomicznego  bowiem bardzo niebezpiecznym trendem, który utrzymuje się od wielu lat, jest starzenie się społeczeństwa. Rodzi się coraz mniej dzieci, długość życia się wydłuża, co, znów brutalnie mówiąc, grozi totalnym załamaniem się systemu emerytalnego. Dlatego państwo chce sprawić, by rodziło się więcej dzieci.

Tymczasem dane demograficzne wskazują, że ten założony cel nie został osiągnięty. Z danych Głównego Urzędu Statystycznego wynika, że Polacy wcale nie palą się do zostania rodzicami. O ile w 2013 roku pierwsze dzieci w rodzinie stanowiły 49 procent urodzeń, to w roku 2019 odsetek ten spadł do 42,6 procent. Dane pokazują, że jedynacy nie mają co liczyć na rodzeństwo, za to baby boom widać w przypadku dzieci trzecich, czwartych i piątych. badań prof. Ireny Kotowskiej, demograf ze Szkoły Głównej Handlowej, wynika, że coraz częściej młodzi świadomie rezygnują z posiadania dzieci, lecz rośnie też liczba osób, które potomstwa mieć nie mogą, coraz więcej jest też singli.

Barbara Socha, pełnomocnik rządu ds. demografii, ostrzegała już wcześniej, że jeżeli nic się nie zmieni w mentalności Polaków, to do końca stulecia zostanie nas 17 mln w wariancie pesymistycznym, a w optymistycznym 21 mln. Z danych GUS wynika, że w Polsce wciąż mamy więcej zgonów niż urodzeń. W pierwszej połowie 2019 r. przyrost naturalny wyniósł -1,4 na 1000 ludności.

Powiedzmy więc jasno: jako program demograficzny 500+ nie zdało egzaminu. Ale czy to znaczy, że ten program jest zły? Wcale nie.

Program 500+ był i jest potrzebny z zupełnie innego powodu. Był to bowiem pierwszy tak istotny i odczuwalny dla wszystkich transfer socjalny, konkretne i stałe pieniądze, które rodzice dostali na dzieci. Początkowo, jak wiadomo, na pierwsze dziecko obowiązywało kryterium dochodowe, teraz go nie ma. Ile ktoś by nie zarabiał, ile by dzieci nie miał – 500 złotych miesięcznie na każde dziecko się należy. Proste.

Oczywiście 500 złotych w różnych rodzinach znaczy coś innego.

Ludzie zamożni mogą wykorzystać takie pieniądze np. na lokaty albo polisy inwestycyjne, by odłożyć dla swoich dzieci większą kwotę na start w dorosłe życie albo na naukę. I tak się dzieje. Rozmawiałem swego czasu z ludźmi odpowiedzialnymi za sprzedaż w jednym z towarzystw ubezpieczeniowych. Potwierdzili mi wtedy, że pojawiła się grupa klientów, którzy wykupują polisy z funduszem inwestycyjnym, właśnie ze składką w wysokości 500 złotych.

W rodzinach mniej zamożnych, ale radzących sobie finansowo, takie środki mogą posłużyć na opłacenie zajęć pozalekcyjnych czy wakacji. I znów: firmy organizujące wyjazdy wakacyjne dla dzieci oraz prowadzące zajęcia pozalekcyjne potwierdzają wzrost sprzedaży od czasu pojawienia się świadczenia 500+.

Są też takie rodziny, w których ten comiesięczny zastrzyk pieniędzy pozwolił po prostu na to, by kupić choć trochę lepsze jedzenie czy więcej jedzenia, lepsze ubrania albo wręcz w ogóle zaspokoić potrzeby ubraniowe. I to też jest bardzo ważna grupa. Wiele takich rodzin nie korzystało z zasiłków od pomocy społecznej, bo nie umieli lub wstydzili się poprosić o pomoc. Teraz pomoc dostali. I to też jest ogromna wartość. Ze względu na tych ludzi wkurzałem się, gdy czytałem komentarze różnych mądrali o tym, że to patologia, bo nie kupili z 500+ laptopów czy tabletów na potrzeby zdalnej edukacji. No, nie kupili. Bo nie było ich stać. Bo te pieniądze wydali wprost na podstawowe potrzeby swoich dzieci.

Jasne, jest też oczywiście ta grupa, o której ochoczo rozprawiają przeciwnicy programu 500+: ci, którzy mają wszystkie pieniądze przepić. Trudno mi ocenić liczebność tej grupy, ale nie oszukujmy się: to jest margines, a nie norma. Ośrodki pomocy społecznej mają też możliwość w przypadku takich rodzin zamiast pieniędzy dać bony zakupowe, za które nie da się kupić alkoholu ani papierosów. Budowanie krytyki całego programu w oparciu o zjawisko marginalne, któremu w dodatku można przeciwdziałać, jest po prostu niemądre, a przy tym nieprzyzwoite.

Przeciwnicy tego świadczenia lubią mówić, że państwo nam nic nie daje, bo samo nic nie ma. Mają rację. Tak, państwo niejako oddaje nam część tego, co wcześniej zabrało w podatkach. Można by oczywiście wysnuć z tego wniosek, że prościej byłoby obniżyć podatek dochodowy. Byłby to jednak wniosek fałszywy. Podatki są procentem od naszych zarobków. Ich obniżenie oznaczałoby, że biedni zaoszczędziliby mniej, a bogaci więcej. Tu każdy dostaje tyle samo, co de facto bardziej opłaca się tym, którzy bardziej potrzebują finansowego wsparcia.

Z programem 500+ jest natomiast inny problem, z którym prędzej czy później rządzący, z jakiej partii by nie byli, będą musieli się zmierzyć. Tym problemem jest inflacja. Inflacja oznacza spadek wartości pieniądza, czyli, pisząc po ludzku, tyle, że po pewnym czasie za tę samą kwotę możemy kupić mniej.

W 2016 roku dostawaliśmy 500 złotych. Na koniec 2019 roku ta kwota była już warta 460 złotych, a na koniec 2020 r wartość ta spadnie do 450 złotych. Na dziś wartość świadczenia wynosi 463 złote. Jeśli tempo wzrostu cen utrzyma się na obecnym poziomie, to w ciągu dekady od wprowadzenia programu realna wartość wypłacanej kwoty spadnie do 324 złotych – wyliczyli eksperci Money.pl.

Zamiast toczyć jałowe spory i przy ich okazji obrażać tych, którzy korzystają z programu, lepiej zadbać o to, by jego wartość nie spadała. To jest wyzwanie dla rządzących, a dla nas – byśmy ich sobie mądrze wybierali.

10 sprawdzonych sposobów, jak wspomóc dziecko w nauce programowania - pobierz darmowy ebook

POLECAMY