Dziecko kłamie – o karach i rodzicielskim teście marshmallow

Przyznam uczciwie, że z natury jestem niecierpliwy. Nie chodzi nawet o brak cierpliwości wobec dzieci, bo, choć oczywiście chciałbym mieć jej więcej, to myślę, że nie jest z nią wcale u mnie tak źle. Ale ja lubię widzieć szybko efekt swoich działań.

Zauważyłem u siebie, że, jeśli coś odłożę na później albo robię zbyt długo, to bardzo często tego nie kończę. Jeśli siadam do pisania tekstu, to muszę napisać go w całości. Potem odkładam, żeby nabrać dystansu. Czasem potem zdarza mi się przewrócić go do góry nogami. Ale pracuję nad pełnym tekstem. Jeśli go odłożę, ląduje na długo w szkicach, aż w końcu przenoszę go do kosza. Tak samo jest z muzyką. Nie mogę zapisać sobie riffu czy beatu na przyszłość, bo wiem, że nigdy go nie rozwinę. Siadam i tworzę całość. Potem mogę dopieszczać, poprawiać, dodawać smaczki, usuwać błędy – ale sam utwór jest skomponowany i nagrany.

Ta cecha może nawet być dobra w procesie twórczym, ale niestety nie pomaga w byciu rodzicem.

Niedawno spytałem na naszym Facebooku, jak radzić sobie, gdy dziecko nas oszukuje:

Wyszła z tego w sumie bardzo fajna dyskusja, w której pojawiło się kilka istotnych wątków.

Po pierwsze, trzeba odróżnić oszustwo czy kłamstwo od dziecięcego fantazjowania. To drugie jest nie tylko naturalne, ale wręcz – pożądane, świadczy bowiem o rozwijaniu się u dziecka wyobraźni. Ja w poście pytałem jednak o oszukiwanie, np. “zrobiłem pracę domową”, kiedy nie zrobiłem; “w szkole wszystko dobrze”, gdy dostałem jedynkę i nauczyciel zwrócił uwagę, że nie zaliczyłem żadnego sprawdzianu, gdy po kryjomu przekraczam limit grania, “wyprowadziłem psa”, choć pies na spacerze nie był, itp. Jako rodzice możemy z pewnością wskazać wiele takich sytuacji, w których dziecko, najdelikatniej ujmując, mija się z prawdą.

Jak przy wielu kwestiach wychowawczych, tu sprawdza się powiedzenie “zapomniał wół, jak cielęciem był”. Wiele dzieci podejmuje próby takich małych codziennych kłamstw. Wielu z nas jako dziecko też tak robiło. Nie wyrośliśmy wcale na patologicznych kłamców i oszustów.

Dziecko kłamie w ten sposób na ogół dla świętego spokoju lub drobnej korzyści w krótkim czasie. Chcę już pograć, więc powiem, że skończyłem odrabiać pracę domową. Nie chcę odrywać się od zabawy, więc powiem, że pies był na spacerze. Nie chcę, żeby rodzice się martwili albo prawili mi kazania, więc zataję złą ocenę. Nie myśli przy tym w ogóle o tym, że kłamstwo może wyjść na jaw. I tak moi chłopcy próbują co jakiś czas łamać zasady dotyczące korzystania ze smartfona, choć świetnie wiedzą, że jest na nim zainstalowana aplikacja (pisałem o niej tutaj), która pozwala mi to skontrolować. Fabian nie przyzna się do jedynki ze sprawdzianu, choć przecież zobaczę ją i tak w e-dzienniku.

Zwracaliście uwagę, słusznie zresztą, że częstym powodem do drobnych kłamstw jest lęk przed karą. Często powtarzam, że nie stosujemy w domu kar, tylko naturalne konsekwencje. Sęk w tym, że postrzeganie kar przez rodziców i przez dziecko bywa różne. Ja mogę sobie nazywać coś naturalną konsekwencją, ale dziecko odbierać to będzie po swojemu.

Psychologowie z nurtu behawioralnego mówią raczej nie o karach i nagrodach, a o wzmocnieniu negatywnym i pozytywnym. Możemy sobie nazywać to jak chcemy, ale nasze dziecko wie swoje. Nawet jeśli konsekwencje, które musi ponieść, w oczywisty sposób wynikają z tego, co zrobiło, nawet jeśli zarzekam się, że brak grania, gdy nie odrobiło się pracy domowej to nie kara, to chłopcy mają prawo odczuwać to inaczej. Granie jest czymś przyjemnym, pozbawienie grania jest pozbawieniem przyjemności, pozbawienie wzmocnienia pozytywnego jest wzmocnieniem negatywnym.

Nie wierzę, że można to ominąć. Trzeba się z tym po prostu pogodzić. Nie zmienia to jednak oczywistej prawdy, że im mniej strachu w wychowaniu, tym lepiej.

Rodzicielska hipokryzja

W dyskusji pod moim postem zwracaliście uwagę, że ważne jest to, by rodzice sami byli uczciwi wobec dzieci. Bywa z tym różnie, o czym pisałem w osobnym tekście. Trudno jednak, by dziecko miało nawyk uczciwości, jeśli wie, że jego rodzice oszukują, choćby w błahostkach.

Podobnie jak niektórzy dyskutanci mam takie momenty bezsilności. No, przecież robię, co mogę. Proszę, tłumaczę, przekonuję, próbuję takiej metody, innej metody, nie oszukuję swoich dzieci, nawet w drobiazgach, uświadamiam… A one swoje. Pierdyliard razy mówiłem o aplikacji monitorującej w telefonie, a o Librusie – pierdyliard do potęgi entej. A oni swoje. Nawet kiedyś zapytałem o godzinie, a potem ostentacyjnie poszedłem sprawdzić na zegarze, żeby uświadomić, że jeśli skłamali w jednej sprawie, to w innych też trudno im ufać. A oni swoje.

Test Marshmallow w naszym życiu

I tu dochodzimy do rodzicielskiego testu marshmallow, jakim jest cały proces wychowania. Słynny eksperyment profesora Waltera Mitchela z wykorzystaniem pysznych słodkich pianek dotyczył dzieci, ale kwestię opóźnionej gratyfikacji można spokojnie odnieść też do nas, dorosłych.

Czasem myślę sobie, że całe wychowanie to jest jeden wielki test marshmallow. Gratyfikacja jest bardzo mocno odroczona w czasie. Staramy się, dwoimy i troimy, a efekty zobaczymy dopiero po latach. I jak w teście Mitchela: możemy zadziałać krótkoterminowo. Tak, kara, strach – działają. Ale na krótką metę. Możemy wymusić karą, siłą, strachem to, że dziecko zrobi to, co chcemy, jak chcemy i wtedy gdy chcemy. Ale długofalowo to się zupełnie nie opłaca. Jeśli zrezygnujemy z tej pianki, jeśli będziemy cierpliwie robić swoje, efekty będą później, ale za to o niebo lepsze.

10 sprawdzonych sposobów, jak wspomóc dziecko w nauce programowania - pobierz darmowy ebook

POLECAMY