Szok! Niedowierzanie! [Zobacz memy]

Mądry InternetKtoś, kto korzysta z internetu, zwłaszcza z popularnych portali, zna te nagłówki i widział je nieraz. Nazywamy je clickbaitami. Wydawcy portali, ale i blogerzy, stosują je, by przyciągnąć naszą uwagę i nakłonić do kliknięcia w link.

W internecie, ale – nie oszukujmy się – również mediach tradycyjnych, czytelnik, widz, słuchacz, użytkownik nie są klientami, ale produktami. Gazeta zarabia przede wszystkim na reklamie, a nie na sprzedaży. Radio zarabia na reklamie, a nie na tym, że słuchacze płacą za możliwość jego słuchania. Telewizja zarabia na reklamie, a nie na widzach. Wydawca portalu, bloger, czy właściciel platformy społecznościowej nie zarabiają na tym, co zapłacą użytkownicy, zwłaszcza że ci nie chcą płacić, ale na  reklamie.

Im więcej osób słucha, czyta, ogląda – używa, tym więcej można zarobić. W internecie jest to wyjątkowo łatwe do zmierzenia. Liczy się, to, ile ktoś ma UU, czyli unikalnych użytkowników, ile odsłon strony. To się przekłada bezpośrednio na zarobki – i te z automatycznych reklam, np. z Google, i te opłacone wprost przez reklamodawców.

Skoro statystyki są ważne, zwłaszcza te dotyczące odsłon, to w konsekwencji wydawcy czy blogerzy próbują je zwiększać. Mierzą i badają precyzyjnie, w co ludzie chętnie klikają, co przyciąga uwagę. Jaki tytuł, jakie zdjęcie, jaki kolor, w jakim miejscu – to wszystko można zmierzyć.

To zjawisko samo w sobie nie jest wcale złe. Wymyślenie dobrego, przyciągającego uwagę tytułu, np. z inteligentną grą słów, to zawsze była ceniona sztuka. Problem pojawia się, gdy te starania, by skłonić nas do klikania, doprowadzone zostaną do absurdu i poza granicę rzetelności.

“Matka udusiła dziecko i nakarmiła nim rodzinę!” – krzyczy nagłówek. Tak. Tylko po pierwsze chodziło o dziecko krowy, czyli cielaka, a dokładnie o cielęcinę. Po drugie, matka (i nie chodzi tu o krowę, lecz o panią domu) nie zaciskała okrutnie pętli na gardle zwierzaka, tylko udusiła mięso w garnku. I tak, to pyszne danie z duszonej cielęciny podała swoim bliskim na obiad. Niby wszystko na pozór się zgadza, kłamstwa nie ma, ale jednak czujemy, że ktoś robi nas w konia.

“Szok! W czym ona przyszła do królowej?” – no, w kapeluszu. A w czym miała przyjść?

“Nie uwierzysz! Lewandowski rezygnuje!” – no, tak, to prawda, tyle że nie Robert lecz Zenon. I nie z gry w piłkarskiej reprezentacji Polski, tylko z pracy jako hydraulik.

Clickbaity to nagłówki, które robią z nas idiotów, odwołują się do najniższych zainteresowań (no, bo może jednak nie w kapeluszu, ale w lateksowym gorsecie albo bez majtek przyszła do królowej?) albo po prostu wprowadzają w błąd (Zenon, nie – Robert).

Wiecie, co w tych clickbaitach jest naprawdę smutne? To, że działają. Wydawcy naprawdę bardzo skutecznie mierzą, co się klika. Skoro stosują takie praktyki, to oznacza, że ludzie dają się na te tanie sztuczki nabierać.

Takie nagłówki wyjątkowo często wykorzystywane są przy rozpowszechnianiu tzw. fake newsów.

Mamy tu wielką robotę do zrobienia. Raz, żebyśmy sami nie dawali się łapać na lep takich działań. Dwa, żeby chronić przed nimi nasze dzieci.

Nie wystarczy dać dziecku komputer / tablet / smartfon z dostępem do internetu do ręki. Trzeba jeszcze nauczyć dziecko, jak mądrze z tych narzędzi korzystać – jak odróżniać prawdę od kłamstwa lub manipulacji, jak nie dać robić się w konia. Jest tylko jeden szkopuł: najpierw nauczmy tego samych siebie.


Partnerem cyklu #MądryInternet jest XIAOMI
10 sprawdzonych sposobów, jak wspomóc dziecko w nauce programowania - pobierz darmowy ebook

POLECAMY