• Kategoria: Żyjemy
  • Data:

Rząd ma gdzieś nasze dzieci

Znam oczywiście to powiedzenie, że, jeśli nie interesujesz się polityką, to polityka zainteresuje się tobą, ale myślę sobie, że jest jej wokół nas tyle, że nasz blog może być od niej wolny. I dlatego unikam jej tu, jak mogę. Ale czasem pcha się sama. I to jest ten przypadek.

Kiedyś musiałem być bliżej polityki – najpierw jako dziennikarz, potem jako aktywista społeczny. Poznałem wówczas wielu polityków. Przekonałem się, że nawet ci, którzy wchodzą w ten świat jako idealiści, szybko sprowadzani są na ziemię. Zaczyna się od drobnych kompromisów, żeby “przepchnąć” coś naprawdę ważnego. A kończy się zawsze tak samo – umoczeniem.

W latach osiemdziesiątych ówczesny rzecznik rządu Jerzy Urban palnął, że “rząd się sam wyżywi”. Choć dziś mamy demokrację, to w tej kwestii niewiele się zmieniło: politycy partyjni są, właściwie niezależnie od przynależności, odklejeni od rzeczywistości i skupieni na sobie, a nie na problemach obywateli.

Teraz, w dobie pandemii, widać to wyjątkowo mocno i boleśnie. I ja już nie chcę rozpisywać się o dziurawej tarczy antykryzysowej, o braku środków ochronnych, o nieprzygotowaniu służby zdrowia czy o tym, że politycy zajmują się głównie sami sobą, rozgrywkami i tym, czy organizować wybory. To wszystko może, i pewnie powinno nawet, wkurzać, ale mnie wkurza to, jak bardzo nie liczą się z naszymi dziećmi.

Zdalna edukacja w czasach epidemii? To bez sensu

Najpierw rzucono nasze dzieci, ale też nas jako rodziców, nauczycieli i dyrektorów szkół w szaleństwo zdalnej edukacji. Zdalna edukacja – żeby było jasne – to jest bardzo fajny pomysł. Już w 2002 roku mówiłem publicznie o tym, że szkoły muszą otwierać się na technologie informacyjne, w tym na e-learning. Sęk w tym, że nikt szkół do tego nie przygotowywał, choć czasu było sporo.

W końcu nauczyciele zaczęli sami się jakoś ogarniać. Nasz system oświaty, odnoszę wrażenie, działa od dawna głównie dlatego, że nauczyciele sami się doskonalą, często nie tylko kosztem prywatnego czasu, ale i za własne pieniądze.

To “ogarnianie się” nie zmienia faktu, że uczniowie, słusznie skądinąd, skarżą się na chaos, na przeciążenie, na to, że poświęcają na sprawy szkolne po 10 godzin na dobę, że narzędzia nie działają, jak powinny, że ich brakuje, że każdy nauczyciel ma odmienne pomysły i jak bumerang wraca to, że uważa swój przedmiot za najważniejszy, zapominając przy tym, iż jego uczniowie muszą uczyć się wszystkich.

Nie wiem, może ja jakiś głupi jestem, ale tak sobie myślę, że oczywiście wiedza, erudycja, wykształcenie – to ważne sprawy, ale nie najważniejsze. Serio, świat nie zawali się i nie skończy, jeśli dzieci nie poznają budowy pantofelka, przebiegu bitwy pod Cedynią, bogactw naturalnych Bangladeszu, nie nauczą się liczyć powierzchni ostrosłupa, a nawet jeśli (Mamo-Polonistko, wybacz!) nie przeczytają “Pana Tadeusza”. Zamiast fundować dzieciom chaos i szaleństwo, może trzeba było odpuścić? Rok temu jakoś świat się nie zawalił, gdy nauczyciele strajkowali.

W dodatku rząd zabronił osobom poniżej lat 18 wychodzić w ogóle z domu bez opieki dorosłych. Ten zakaz jest absurdalny i bezsensowny. Rozumiem doskonale, że chodziło o wyeliminowanie nieodpowiedzialnych zachowań nastolatków, którzy spotykali się w miejscach publicznych, korzystając z braku zajęć szkolnych. Po pierwsze jednak zajęto ich obłąkańczym chaosem zdalnej edukacji, a po drugie – cel słuszny, ale rozwiązanie głupie. Jeśli – dajmy na to – jestem rodzicem siedemnastolatka i złamałem nogę, to nie mogę poprosić go o pomoc w zrobieniu zakupów albo wyprowadzeniu psa. Mogę za to skorzystać z pomocy szesnastoletniego wolontariusza. To znaczy mógłbym teoretycznie, bo praktycznie to jednak nie bardzo, gdyż wolontariusze mają pomagać jedynie osobom objętym kwarantanną ze względu na koronawirusa. Ten zakaz szkodzi dzieciom i młodzieży, wcale nie rozwiązując zresztą problemów, bo najbardziej niezdyscyplinowaną grupą okazali się jednak seniorzy.

To jest Dariusz Piontkowski, minister edukacji narodowej. Tak, to on odpowiada za obecny bałagan w oświacie. Ale jest siebie zadowolony.

To, co rządzący zafundowali wszystkim dzieciakom, to jednak pikuś w porównaniu z tym, jak potraktowano ósmoklasistów i maturzystów. Ci pierwsi mieli pisać swój egzamin 21 kwietnia, ci drudzy – od 4 maja. Mamy 8 kwietnia, czyli do egzaminu ósmoklasisty zostały dwa tygodnie, a do matur miesiąc i te dzieciaki wciąż nie wiedzą, na czym stoją!

Gołym okiem widać, że wirus nie odpuścił. Sam premier mówi w sejmie zresztą, że spodziewa się szczytu zachorowań w maju i czerwcu. Zdrowy rozsądek podpowiada więc, że powrót uczniów do szkół po wielkanocnej przerwie można włożyć między bajki. Zdrowy rozsądek podpowiada też, że nie da się zorganizować zaplanowanych egzaminów maju, a tym – bardziej w kwietniu. Co więcej – nikt odpowiedzialny nie jest w stanie też przewidzieć, kiedy będzie to możliwe.

Czy naprawdę obu egzaminów nie można po prostu sobie odpuścić? A może to w ogóle okazja, by przemyśleć sensowność egzaminu maturalnego? Zgodnie z prawem samo ukończenie liceum już daje wykształcenie średnie, a uczelnie coraz częściej i tak stosują własne narzędzia do rekrutacji, co czyni egzamin bezcelowym. Czy na pewno, choćby w ramach wyjątku, nie da się przeprowadzić rekrutacji do szkół ponadpodstawowych bez egzaminu ósmoklasisty?

Przede wszystkim jednak: Czy naprawdę nie można oszczędzić dzieciom stresu i niepewności, po prostu informując je, na czym stoją i co dalej? Czy nie można też oszczędzić tego stresu nauczycielom, którym dobro uczniów leży na sercu, też żyją w niepewności, a na razie, zgodnie z prawem, pracują tak, jakby te egzaminy miały się faktycznie odbyć? Co więcej: znając głupotę naszych polityków wszyscy pewnie boimy się, że oni naprawdę gotowi są te egzaminy przeprowadzić!

Problem w tym, że rządzący są tak zajęci kombinowaniem, jak utrzymać się przy korycie i sfałszować wybory, że na myślenie o młodych ludziach, o naszych dzieciach, brakuje im już czasu i chęci. I to właśnie tak bardzo mnie wkurza.

Przypomina mi się – dla poprawy nastoju na koniec – żart:

Reporter telewizyjny robi sondę uliczną i pyta przechodnia:
– Jakiego polityka może pan wymienić?
– Panie, ja to bym mógł wszystkich polityków wymienić.

Odnoszę wrażenie, że to by było bardzo dobre rozwiązanie.

10 sprawdzonych sposobów, jak wspomóc dziecko w nauce programowania - pobierz darmowy ebook

POLECAMY