Nie pozwalam dzieciom na karierę Youtubera. Dlaczego?

Moi chłopcy marzą o tym, że zostaną Youtuberami. Oglądają różne kanały, głównie związane z grami, choć nie tylko. Widzą gwiazdy tego serwisu i chcą być jak one. Rozumiem to pragnienie, ale nie pozwalam na jego realizację.

Youtube to jest naprawdę wspaniałe miejsce, choć zarazem dość przerażające. Ja lubię je w tej wersji, w której sam się z tym serwisem stykam. Ze względu na swoje pasje oglądam kanały ludzi, którzy lepiej niż ja znają się na syntezatorach i fotografii, wyszukują różne muzyczne perełki, jak np. Rammstein w wersji na tradycyjne ludowe instrumenty rosyjskie. Te kanały zrzeszają społeczności ludzi podobnych do mnie – pasjonatów, którzy cieszą się sukcesami innych, chcą się uczyć i wspierać.

To jest jednak bańka. Moja i fajna, jedna z wielu. Zapewne jest też wiele równie sympatycznych, choć dotyczących innych tematów, baniek. Oprócz nich jednak są też inne, znacznie mniej sympatyczne.

Dziewczyna z teledysku to Rebecca Black. Piosenka i teledysk „Friday” były prezentem, jaki rodzice zrobili swojej trzynastoletniej wówczas córce. Z powodów, które naprawdę trudno zrozumieć, piosenka została określona mianem najgorszej na YouTube, a Rebecca stała się obiektem ogromnego hejtu. Po latach w wywiadzie opowiadała o tym, jak reakcje na tę piosenkę zrujnowały jej samoocenę i doprowadziły do depresji, z której leczyła się w ramach długotrwałej terapii.

Pomysł był fajny: Nastolatka kocha śpiewać, chce nagrać piosenkę, rodzice spełniają jej marzenie, płacą firmie za skomponowanie i nagranie utworu oraz realizację teledysku. Brzmi przecież fajnie i miło. Właściwie trudno wyjaśnić, dlaczego wyszło, jak wyszło. Serio, widziałem gorsze produkcje i słyszałem gorsze piosenki. Ktoś pierwszy rzucił kamyk, inni podchwycili, łapiąc za coraz cięższe kamienie. Może ten pierwszy krytyczny komentarz był dla żartu? Może ktoś chciał odreagować zły dzień albo leczył własne kompetencje? Nie wiemy i nie dowiemy się. Ale efekty znamy.

Dzisiejsze dzieciaki coraz rzadziej marzą o karierze muzycznej. Cóż, to wymaga jednak pewnego wysiłku, a niekiedy nawet talentu i umiejętności, a one chcą tu, teraz, szybko, natychmiast, najlepiej bez wysiłku. I – dla jasności – to nie jest krytyka w stylu „za moich czasów było lepiej”. Było inaczej i tyle. Świat się zmienia i nie ma sensu na to narzekać niczym stary dziad. Trzeba po prostu obserwować, wyciągać wnioski, a działania wychowawcze dostosowywać do okoliczności.

Dzieciaki marzą o karierze raczej gamera czyli o graniu i nagrywaniu z tego filmików. Trudno się dziwić: to połączenie przyjemnego z pożytecznym. Marzą też o nagrywaniu filmików w stylu „mówię, jak jest”. To w ich ocenie nie wymaga wysiłku: ot, włączam grę, pykam sobie, gadam, inni oglądają, a sława rośnie. Albo: siadam przed kamerką, mówię, co myślę na dowolny temat i jest super.

Trudno, by na tym etapie rozumiały, że to nie jest takie proste. Ile wymaga to wysiłku, nauki, pracy, jakie koszty psychiczne emocjonalne trzeba ponieść, ile znieść, ile wytrzymać, ile razy robić coś, choć tak bardzo się nie chce, choć brak motywacji, pomysłów, siły.

Na szczęście, gdy dziecko zakłada kanał samodzielnie, z własnej inicjatywy, może też samo z niego zrezygnować, jeśli koszt jego prowadzenia okaże się zbyt wysoki. Jeśli się znudzi, jeśli będzie mu ciężko z bejtem w komentarzach, jeśli skończą się pomysły, jeśli nie będzie mu się chciało uczyć, jak kręcić, jak montować, jak to wszystko robić – po prostu przestanie kanał prowadzić. Z pewnością trochę to zaboli, bo porażka zawsze choć trochę boli, ale otrzepie się i pójdzie dalej.

Paradoksalnie bowiem znacznie gorzej jest, gdy w tę przygodę na YouTube angażują się rodzice. Jedną z najczęstszych formuł takich kanałów dziecięcych jak tzw. unboxing. Najprościej wyjaśniając: firmy przesyłają paczki z zabawkami, dziecko ma je na wizji rozpakować, pobawić się nimi, pokazać, jak działają i wyrazić swój oczywisty zachwyt.

Rodzice inkasują pieniądze za reklamę, dziecko ma zabawki. Niby fajnie. Co jednak, jeśli dziecko akurat nie ma ochoty nagrywać? Przecież są zobowiązania, umowy, zlecenia, które trzeba zrealizować! Cóż, nie chce, ale musi. A co, jeśli zabawka nie przypadnie dziecku do gustu? Skoro firma płaci, to przecież nie po to, żeby dziecko powiedziało w filmiku, że zabawka jest do kitu. Ma zachwycać, nawet jeśli nie zachwyca. To już nie jest zabawa, to jest po prostu praca. Ciężka praca – dodajmy.

Zdarzyło się wiele razy, że firmy proponowały nam taką współpracę, akurat nie na YouTube, bo tam nie jesteśmy aktywni, ale na blogu. Za każdym razem przed podjęciem decyzji pytaliśmy chłopców, czy chcą, czy w ogóle interesuje ich taka zabawka. Tłumaczyliśmy, z czym wiąże się jej przyjęcie. W większości przypadków odmawialiśmy współpracy. Skoro chłopcy nie chcieli, to my uważaliśmy, że nie mamy prawa ich do tego zmuszać ani nawet namawiać.

Ośmiolatki w social mediach

Często słyszę od nich, że chcą założyć swoje kanały na YouTube. Czasem mówią o osobnych, czasami o wspólnym. Na tym etapie odpowiadam im krótko: Nie ma mowy, dopóki nie skończycie 13 lat. O ile bowiem serwis YouTube nie ogranicza wiekowo oglądania, to posiadanie kanału dozwolone jest po skończeniu 13 roku życia. Jasne, można to obejść, zakładając kanał na nas, rodziców, ale – jak wyjaśniałem już kiedyś w tekście, uważam obchodzenie takich zapisów w regulaminach mediów społecznościowych za niemądre, szkodliwe i niewychowawcze.

A co? Kiedy skończą 13 lat? Cóż, wtedy usiądziemy i porozmawiamy. Postaram się wyjaśnić chłopakom, z czym wiąże się kariera youtubera. A jeśli mimo wszystko uznają, że chcą? Będę ich wspierać. A jeśli po czasie uznają, że wolą się wycofać? Też będę wspierać. Wszak rolą rodzica jest być wsparciem dla dzieci.

Image by Germany Photography from Pixabay

Partnerem cyklu #MądryInternet jest XIAOMI
Jakub Śpiewak
Obserwuj
Latest posts by Jakub Śpiewak (see all)

POLECAMY

Przekaż 1% podatku na Fundację LexNostra - pomóż nam bronić pokrzywdzonych