Czego nasi chłopcy uczą się z gier

Nasi chłopcy, jak pewnie większość dzieci w ich wieku, uwielbiają grać. Nie chodzi tylko o czas spędzany przed konsolą, ale też o to, że świat gier jest dla nich ważny. Nie tylko grają, ale też planują przed, omawiają po, oglądają filmiki, by dowiedzieć się, jak coś zrobić albo – by wybrać nową grę. Gry uczą ich wielu pożytecznych rzeczy.

Jako rodzic staram się uważnie obserwować chłopców. Mam ten luksus, że pracuję w domu, więc jest mi łatwiej. Dla tych, którzy na co dzień tak nie mają, obecna izolacja może być dobrą okazją. Z samych gier – przyznaję – rozumiem niewiele. To nigdy nie był mój świat: nie lubię gier, nudzą mnie, nie rozumiem ich ani fascynacji nimi. Przyjmuję jednak, że moi synowie lubią. Pewnie nigdy tego nie zrozumiem.

Przyjęliśmy zresztą w domu zasadę, że ze mną nie rozmawia się o grach. Z jednej strony ma to chronić mnie, ale z drugiej – chłopaków. Gdyby mogli, mówiliby o graniu niemal przez cały dzień, a tak to chociaż ze mną rozmawiają o czymś innym. Co nie znaczy, że nie próbują tej zasady łamać. Robią to jednak sprytnie: Nie opowiadają o samej grze ani o tym, co w niej robili. Mówią za to o różnych sprawach wokół niej. I to bywa bardzo dla mnie wartościowym źródłem wiedzy.

Początkowo, gdy w domu pojawiła się konsola, chłopcy grali wyłącznie w gry kierowane do dzieci. Z czasem zaczęli jednak interesować się grami, które według klasyfikacji wiekowej PEGI adresowane są dla zdecydowanie starszych graczy. Odbyliśmy z Magdą wiele rozmów na ten temat.

PEGI to samoregulacja branżowa. Producenci i dystrybutorzy gier sami stworzyli system klasyfikacji pod kątem treści i wiekowym, z jednej strony oczywiście, by chronić dzieci, a z drugiej – by uniknąć sytuacji, w której państwa narzucą podobne rozwiązania jako przymus prawny. Oznacza to, że np. sprzedawca w sklepie nie powinien sprzedać dziecku gry, jeśli według PEGI jest ona przeznaczona dla dorosłych. Oznaczenia PEGI nie są jednak wiążące dla rodziców. Stanowią dla nich jedynie wskazówkę. To rodzic samodzielnie ma podejmować decyzje dotyczące tego, w co może grać jego dziecko.

Nasi chłopcy kupują sobie gry sami – za własne pieniądze, ale każdy zakup wymaga naszej zgody. Zanim jej udzielimy, staramy się poznać grę i ocenić, czy nadaje się dla naszych dzieci. I tak, chłopaki grają w gry o klasyfikacji PEGI znacznie przekraczającej ich wiek.

Prawdę powiedziawszy, ja w ogóle niespecjalnie wierzę w ten złowrogi wpływ gier na dzieci i młodzież, a przynajmniej – uważam, że sporo tu medialnego demonizowania. W moim pokoleniu mniej graliśmy, za to oglądaliśmy sporo filmów na video, w tym przede wszystkim – filmy przeznaczone dla widzów starszych od nas. I choć krew na ekranie lała się hektolitrami, a bohaterowie zabijali mnóstwo wrogów, jakoś nie wyrośliśmy na psychopatów ganiających z karabinami i bazookami po mieście. Pokolenie nieco młodsze ode mnie już grało – tak, w gry dla graczy starszych. Widzicie te tabuny trzydziesto- i czterdziestolatków, którzy zainspirowani grami mordowaliby przypadkowych przechodniów? Bo ja jakoś ich nie spotykam.

Wracając jednak do głównego tematu:

Pierwsza z ulubionych przez nich gier to Fortnite – niezwykle popularna wśród dzieciaków gra, która w dodatku sama w sobie dostępna jest za darmo (według PEGI od 12 roku życia). Twórcy zarabiają na dodatkach, które użytkownicy mogą dokupić. Pisałem już kiedyś na blogu o Fortnite:

Niech dzieci szaleją na punkcie Fortnite

Początkowo Fabian i Benio mogli grać bez połączenia z internetem. Później poluzowaliśmy ograniczenie i umawiali się z kolegami z klasy i podwórka na wspólne granie. Teraz grają też z innymi graczami.

Ta gra wymaga pracy zespołowej. I to jest coś, czego dzięki niej się uczą: współpracy z innymi, grania na drużynę, a nie tylko na siebie. Moim zdaniem są to umiejętności bardzo cenne i potrzebne w życiu. Tu uczą się tego w naturalny, niemal niezauważalny dla siebie, sposób.

Pamiętam, że kiedy posadzono mnie dawno temu przy pewnej grze, pierwsze, co zrobiłem, to zastrzeliłem wszystkich dobrych. Jako policyjny snajper zamiast złoczyńców likwidowałem zakładników. Bardzo mnie to wtedy rozbawiło. Za to moi synowie zbierają w grze apteczki, by potem ratować nimi kolegów z drużyny, bo wiedzą, że warto to robić.

Druga gra, w którą Fabian i Benio grają z upodobaniem, to ARK: Survival Evolved (Według PEGI od 16 roku życia). Grają w to osobno, ale jeszcze chętniej we dwójkę. Ostatnio zauważyłem, że do gry siadają z notatkami. Zainteresowało mnie to. Okazało się, że planują sobie, co chcą osiągnąć, np. jakiego dinozaura oswoić. Dowiadują się więc, co jest do tego potrzebne. Potem planują, co będą danego dnia robić, np. zdobywać konkretną rzecz, która jest konieczna, by poskromić wybranego przez nich gada.

Mamy więc wyznaczanie celów, planowanie i konsekwentne dążenie do realizacji założonej strategii. Myślenie strategiczne i podporządkowane mu działanie – to coś, co na pewno w życiu się przydaje. Współdziałanie w tym – również.

Ba! Był taki moment, gdy Benio miał szlaban na granie. Fabian dostał pozwolenie, by grać, ale przyszedł do mnie i poprosił, by brat mógł grać z nim. Uznał bowiem, że sam nie zrealizuje tego, co sobie zaplanował. Spodobało mi się to – zgodziłem się.

I wreszcie trzecia z ulubionych gier naszych synów: Assasin’s Creed (według PEGI od 18 roku życia). Ta gra sprawiła, że dokonał się cud. Fabian przychodzi i opowiada mi o starożytnej Grecji i starożytnym Rzymie, wykazując się sporą wiedzą historyczną na ten temat. Okazuje się, że sam z siebie doczytuje, gdy zaintryguje go jakiś wątek z fabuły. Dlaczego nazywam to cudem? Fabian nie lubi historii w szkole, z panią od historii ma na pieńku, a pierwszy semestr zakończył z oceną niedostateczną. Sprawdzianów ze starożytnej Grecji i Rzymu nie zaliczył. Niezła odmiana, prawda?

My, rodzice, często demonizujemy gry.

Z jednej strony media lubią rozpętywać histerię wokół tego tematu. Gdy tylko gdzieś, głównie w USA, dojdzie do strzelaniny w szkole, okazuje się, że sprawca na pewno grał w brutalne gry. Sęk w tym, że, a o tym już media tak nie trąbią, ów sprawca na ogół miał kiepską sytuację rodzinną, złe relacje z nauczycielami i równieśnikami, był outsiderem, często ofiarą prześladowania. Jeśli zabił, to nie przez gry, ale przez to, jakie miał życie. Być może te gry przez jakiś czas nawet rozładowywały jego napięcie i frustrację, opóźniając dramatyczny w skutkach wybuch. W pewnym momencie przestały wystarczać.

Z drugiej strony często sami nie rozumiemy gier, jak ja na przykład. Wygodnie jest wtedy uznać je za coś złego, głupiego, bezwartościowego.

Z trzeciej, to dotyczy pewnie rodziców młodszych ode mnie, jak to mówią: zapomniał wół, jak cielęciem był. Gdy dorośli byli dziećmi, sami grali. Teraz zapomnieli już jak to było, na taką rozrywkę nie mają czasu i skoro sami z grania wyrośli, to nie potrafią zrozumieć, że ich dzieci jeszcze nie są na tym etapie.

Po czwarte wreszcie wydaje nam się, że jest tyle “ważnych” rzeczy, którymi nasze dzieci po prostu muszą, no, muszą, się zająć, że poświęcanie czasu na grę uznajemy za marnotrawstwo. Chcemy dla nich jak najlepiej, chcemy zapewnić im dobry start w dorosłość. Ale dzieciństwo to nie jest tylko zakuwanie, by mieć lepszy start. To również czas na rzeczy, na które potem być może już nigdy nie będzie czasu.

Wszystko wymaga zdrowego rozsądku i umiaru. Oczywiście nie można pozwalać na to, by dziecko spędzało przed konsolą cały swój czas, ale to nie znaczy od razu, że trzeba mu tego całkowicie zakazać. Oczywiście, gra musi być dostosowana do potrzeb i możliwości dziecka, ale to nie znaczy, że nie możemy być elastyczni, jeśli, znając swoje dziecko, ocenimy, że to jest ten moment. Warto też pamiętać, że gry, nawet te, po których tego się nie spodziewamy, uczą wielu przydatnych umiejętności i rzeczy. Obserwowanie swojego dziecka może doprowadzić nas do naprawdę interesujących wniosków. A jednocześnie dać sporą frajdę.


Partnerem cyklu #MądryInternet jest XIAOMI
10 sprawdzonych sposobów, jak wspomóc dziecko w nauce programowania - pobierz darmowy ebook

POLECAMY