• Kategoria: Żyjemy
  • Data:

Nasze przygody z koronawirusem

Wszędzie trąbią teraz o koronawirusie. I podobno jesteśmy do niego przygotowani, rząd się spina i napina, wszystko działa i w ogóle super jest. Fajnie. Ale nie.

W piątek Magda źle się poczuła. Objawy pasowały jak ulał do opisów, które wszyscy czytamy ostatnio w mediach, z jednym wyjątkiem: temperaturę miała podwyższoną, ale nie była to wysoka gorączka – poniżej trzydziestu ośmiu stopni. Ustaliliśmy jednak, że miała kontakt z klientami, którzy niedawno wrócili z wycieczki do Włoch i – co gorsza – po powrocie całą rodziną chorowali, ale nie badali się na wirusa. Pomijając kwestie epidemiologiczne, bardzo niepokoiły mnie ogromne problemy Magdy z oddychaniem.

W piątek wczesnym popołudniem zadzwoniłem na 112, żeby dowiedzieć się, co mamy robić. Przełączono mnie na pogotowie, a tam pani poinformowała mnie, że mamy nie iść do przychodni ani do szpitala, ale zaczekać i zadzwonić na nocną pomoc lekarską. Problemy z oddychaniem pani nie zainteresowały.

Poczekałem i zadzwoniłem. Odbieranie telefonu w publicznej poradni to nie jest coś, co panie w rejestracji by lubiły – jeszcze by jakiś pacjent czegoś chciał… Po godzinie dobijania udało się. Lekarza co prawda nie było jeszcze na dyżurze, ale pani poinformowała mnie, że i tak nie odwiedza pacjentów. Jeszcze nie znałem przyczyn, ale nie uprzedzajmy faktów. Skierowano mnie na infolinię NFZ w sprawie koronawirusa.

Pomyślałem sobie, że, no, tu to na pewno uzyskać fachową informację. Gdy po kolejnej godzinie w końcu udało mi się porozmawiać z konsultantem, dowiedziałem się, że mam dzwonić do Sanepidu. Dostałem nawet numer, taki, który miał działań poza normalnymi godzinami pracy. Nawet już nie zwróciłem uwagi, że znów mnie odsyłają. W końcu dostałem wszak specjalny numer.

Ale ten numer w ogóle nie działał: „Abonent czasowo niedostępny”.

Zrobiło się późno. Magda, póki leżała, to oddechowo dawała radę, więc stwierdziliśmy, że poczekamy. W sobotę postanowiłem ponownie spróbować dowiedzieć się czegoś na infolinii NFZ. Tym razem skierowano mnie do najbliższego szpitala z oddziałem zakaźnym. Ja zaś znalazłem w sieci informację, że cały ów szpital został właśnie zmieniony w zakaźny. Zadzwoniłem. Miła pani bardzo starała się mnie pozbyć, ale nie dawałem za wygraną, opowiadając, jaką drogę już przeszliśmy. W końcu pani nie wytrzymała i z rozbrajającą szczerością wyjaśniła, że oni dopiero się organizują jako zakaźny, więc na razie to nikt nic nie wie, amba totalna, nie mamy pańskiego płaszcza i w ogóle. Doradziła, żebym zadzwonił… no, nie uwierzycie: na świąteczną i nocną pomoc lekarską.

Przyznam uczciwie, że słowa, które wypowiadałem po zakończeniu połączenia, nie nadają się do powtórzenia w kulturalnym towarzystwie. Ochłonąłem jednak i zadzwoniłem ponownie po ową pomoc lekarską. Tym razem udało mi się przebić dalej i nawet porozmawiać z lekarką, która wyjaśniła, że nie jeździ do pacjentów, bo nie dysponuje ani środkami do dezynfekcji, ani maskami. Cóż, w takiej sytuacji to może faktycznie lepiej, że nie jeździ. Poza tym, jak wyjaśniła miła skądinąd pani doktor, jeśli zachodzi niewydolność oddechowa, to i tak powinno przyjechać pogotowie ratunkowe, czyli mam zadzwonić tam, gdzie zaczęła się nasza telefoniczna przygoda…

Co było robić… Odczekałem chwilę, by ukoić skołatane nerwy, po czym zadzwoniłem na numer pogotowia ratunkowego. Miły pan bardzo starał się mnie pozbyć, ale – o nie! – tym razem to ja już byłem tak rozjuszony, że nie miał szans. Uparłem się i postanowiłem, że teraz to ja już nie dam się spławić. Najlepsze, że zachęcał mnie, bym zadzwonił… na infolinię NFZ. W krótkich żołnierskich słowach wyjaśniłem panu, jaką drogę przeszedłem, że wróciłem do punktu wyjścia, że moja żona ma problemy z oddychaniem, a w ogóle to zdecydowanie spełnia kryteria pobrania próbki i, choć ja do niego osobiście nic nie mam, to albo otrzymamy pomoc, albo ja, najdelikatniej ujmując, robię rozpierduchę. Nie wiem, czy podziałał mój wrodzony urok osobisty, czy desperacja w moim głosie, ale w końcu pan dyspozytor zrezygnowanym głosem oświadczył: „Wysyłam karetkę”.

Spakowałem żonę na drogę. Powstrzymałem się przed dopakowaniem dwóch granatów przeciwpancernych, no, bo, sami wiecie, sądy sądami, ale sprawiedliwości musi być po naszej stronie. W końcu przyjechało pogotowie.

Do mieszkania wkroczyło dwóch panów wyglądających jak z filmu „Resident Evil”. Obaj w pomarańczowych szeleszczących kombinezonach, maseczkach. Z przytupem. Sąsiadki obserwujące okolicę z okien musiały być pod wrażeniem. Panowie zaś byli mocno rozbawieni swoim strojem. Bardzo skądinąd mili, ale nie mieli pojęcia, jak należy założyć maskę, którą im przygotowano. Ostatecznie daliśmy radę i zabrali Magdę do szpitala zakaźnego.

W szpitalu zamknęli Magdę w izolatce z zamkiem magnetycznym, ale za to bez opcji przywołania pomocy. Biorąc pod uwagę, że skarżyła się na problemy z oddychaniem – średnio. Ale meldowała mi na bieżąco, że wszyscy są bardzo opiekuńczy, sprawni i mili.

Oto szpitalne śniadanko -wygląda całkiem, całkiem
Oto szpitalne śniadanie -wygląda całkiem, całkiem. Obiad też był smaczny.

Jak wiecie, Magda ma głęboki niedosłuch. Dzięki aparatowi słuchowemu porozumiewa się z ludźmi, czytając z ruchu warg. Ochrona przed zagrożeniem wirusem sprawia jednak, że w szpitalu wszyscy korzystają z masek, a to oznacza większe trudności z porozumiewaniem się. Nikt w szpitalu nie robił jednak z tego powodu problemów, wszyscy starali się ułatwić Magdzie sytuację, nie okazując przy tym zniecierpliwienia. Ekipo oddziału nr 3 w Wojewódzkim Szpitalu Zakaźnym w Warszawie przy ul. Wolskiej 37 – szacunek i podziękowania!

Na szczęście okazało się, że zakażenia koronawirusem nie ma i Magda wróciła już do domu. Co prawda oznacza to, że nikt nie zajął się objawami, które nas zaniepokoiły, ale mam nadzieję, że uda nam się dostać do przychodni. (Ponoć nie jest to wcale takie oczywiste). Ludzie pracujący na pierwszej linii dają radę i należy im się ogromna wdzięczność, ale system jako taki nie działa. Sprawdziłem, nasze przygody z odsyłaniem od Annasza do Kajfasza wcale nie są odosobnionym przypadkiem.

Mimo że pytałem, nikt nie objął mnie ani dzieci kwarantanną na czas do wyjaśnienia sytuacji. Nie bójcie się więc, że zamkną Wam całą klatkę schodową i biurowiec. Co nie zmienia faktu, że warto oczywiście w takiej sytuacji samemu narzucić sobie zostanie w domu.

Moja rada po tych przygodach: Jasne, bądźmy mili i uprzejmi, ale nie pozwólcie się zbywać. Gdybym był od początku asertywny, pewnie wszystko poszłoby sprawniej. Magda, jak to ona, gotowa była nawet przepraszać, że nie ma koronawirusa, ale nie miejsce oporów: jeśli macie podejrzenia, domagajcie się badania. Dla swojego dobra i dla dobra ludzi w Waszym otoczeniu.

Jakub Śpiewak
Obserwuj
Latest posts by Jakub Śpiewak (see all)

POLECAMY

Przekaż 1% podatku na Fundację LexNostra - pomóż nam bronić pokrzywdzonych