Dlaczego dzieci nie lubią szkoły?

Wcale nie tak dawno mój najmłodszy z synów, czyli Benio, składał ślubowanie pierwszoklasisty. Nie do końca, uczciwie mówiąc, w ogóle rozumiem sens tej uroczystości, ale niech będzie, że to taka edukacyjna tradycja. Istotnym elementem uroczystości była część artystyczna, czyli występy pierwszaków.

Dzieci wykonywały przygotowany wspólnie ze swoimi wychowawczyniami program artystyczny. Dyrektor szkoły siedział znudzony, wszak on to przerabia co rok. Rodzice entuzjastycznie obserwowali pierwsze szkolne popisy swoich „milusińskich”, pstrykając fotkę za fotką smartfonami niczym japońscy turyści na Starym Mieście.

Aż nadszedł moment, w którym dzieci zaśpiewały radośnie piosenkę, której refren brzmiał tak:

Bo w naszej szkole jak w dobrym kinie
Wszystkim wesoło mija czas;
Bo nasza szkoła z radości słynie;
My ją lubimy, a ona nas.

I wtedy rodzice, przynajmniej spora ich część, bo niektórzy byli tak zajęci filmowaniem i fotografowaniem, że i tak nie śledzili występu, na który przyszli, zaczęli spoglądać na siebie z pewnym – z braku lepszego słowa – zażenowaniem.

Z jakichś powodów szkoła uwielbia pokazywać, że uczniowie ją lubią. Pamiętacie to? Rozpoczęcie roku szkolnego, a dzieci śpiewają podczas apelu piosenki i recytują wierszyki o tym, jak bardzo cieszą się, że mogą wrócić do szkoły. Zakończenie roku – o tym, jak bardzo będą za szkołą tęsknić.

Zawsze zastanawiało mnie, czy nauczyciele wierzą, że ich uczniowie naprawdę będą w wakacje za nimi tęsknić i w to, że skaczą z radości, że mogą znów zasiąść w szkolnych ławkach? Czy oni, gdy byli uczniami, tęsknili i skakali? Jeśli wierzą, to są odklejeni od rzeczywistości, a jeśli nie wierzą, to należy zapytać, po co odstawiają w takim razie taki festiwal zakłamania?

Jasne, zdarzają się wyjątki w postaci dzieci, które lubią szkołę, zwłaszcza na początku swej edukacyjnej drogi. Jasne też, że są nauczyciele, których dzieci lubią, czasem dziecko lubi konkretny przedmiot, jeszcze częściej zaś lubią szkołę, bo mogą tam spotykać się z kolegami i koleżankami. Szkołę jako taką lubić jednak trudno.

Nie winię za to nauczycieli, choć oczywiście wielu z nich ma swoje za uszami. Nauczyciele są ukształtowani przez system oświaty, wychowani w nim i w nim też funkcjonują, przestrzegając narzuconych odgórnie zasad. I to w tym systemie tkwi problem. Warto więc zastanowić się, skąd ów system w ogóle się wziął.

Wszystko zaczęło się w Prusach. Zaczęło się nieco wcześniej, ale takim kluczowym momentem był październik 1806 roku. Tego samego dnia w bitwach pod Jeną i Auerstädt, wojska napoleońskie rozgromiły uchodzącą dotychczas za niepokonaną armię pruską. Król Fryderyk Wilhelm III oraz jego doradcy doszli do wniosku, że kraj wymaga głębokich reform. Chcieli wychować idealnego obywatela – takiego, którym będzie łatwo rządzić, idealnego pracownika i idealnego urzędnika. Temu miał służyć nowy system powszechnej edukacji. Ciekawostką niech będzie to, że wcześniej podobny system chciała stworzyć nasza Komisja Edukacji Narodowej, ale przeszkodziły w tym zabory.

Klasy miały liczyć po ok. trzydziestu uczniów, bo w takiej grupie przez tak wiele lat, ile trwa edukacja, można niwelować różnice, wyrównywać i ucierać. Uczniów usadzono w ławkach skierowanych w stronę nauczyciela. Wprowadzono podział na czterdziestopięciominutowe lekcje rozdzielane dzwonkami. Odpowiednio dobrana lista lektur miała pomagać w kształtowaniu odpowiednich wzorców i postaw. Uczenie pamięciowe miało ograniczać samodzielne myślenie. Prace domowe miały ograniczać czas wolny, by młodzi ludzie nie mieli czasu na niepożądane pomysły. Gospodarz klasy i dyżurni mieli raportować nauczycielom o przypadkach odstających od ustalonych norm.

Brzmi znajomo? To, jak wygląda współczesna szkoła, ustalono i wdrożono po raz pierwszy na masową skalę na początku dziewiętnastego wieku w Prusach. I z tego pruskiego wzorca radośnie korzystamy do dzisiaj. Swoją drogą to ciekawe, że najmocniej wraca do tych rozwiązań ta ekipa, która zarazem tak chętnie sięga po retorykę antyniemiecką…

Stosujemy metody oparte na pruskim drylu, które miały wychować posłusznego autorytarnej władzy obywatela. Trudno się dziwić, że dzieci nie lubią szkoły. My też nie lubiliśmy, ale jako dorośli uznajemy, że tak musi być i skazujemy dzieci na te same męczarnie. A przecież są alternatywy – szkoły demokratyczne, metoda Montessori, edukacja domowa. Problem w tym, że wciąż nie ustaliliśmy, po co w ogóle posyłamy dzieci do szkoły, po co nam oświata. Wystarcza nam „zawsze tak było i jakoś działało”.

Tylko dzieci szkoda…

PS. O tym, że nie wiemy, po co nam szkoła i dlaczego to jest problemem, kiedyś już pisałem…

Po co nam szkoła?

Jakub Śpiewak
Obserwuj

Latest posts by Jakub Śpiewak (see all)

POLECAMY

Przekaż 1% podatku na Fundację LexNostra - pomóż nam bronić pokrzywdzonych