Zajęcia pozalekcyjne naszych chłopaków

Wpis reklamowyJuż od dawna aktywność dzieci szkolnych, a wręcz ich obowiązki, nie ograniczają się do tego, co w szkole i do prac domowych. Dzieciaki uczestniczą w niezliczonych zajęciach pozalekcyjnych. Nasze nie. Świadomie z tego zrezygnowaliśmy. Dzieci potrzebują czasu wolnego, czasu na zabawę i odpoczynek.

Angielski, drugi język, tenis, basen, programowanie, sporty walki, balet, taniec towarzyski, korepetycje z matematyki, nauka gry na pianinie i skrzypcach – wiele dzieci po szkole dalej poświęca czas na naukę i treningi. Rodzice wożą je z zajęć na zajęcia. Po tych pozalekcyjnych zajęciach trzeba jeszcze odrobić pracę domową, a nauczyciele zadają sporo, bo każdy uważa swój przedmiot za najważniejszy, a poza tym przy przeładowanym programie nauczania po prostu nie wyrabiają się w czasie lekcji. Szaleństwo rodziców okupione jest na ogół wysiłkiem dzieci.

Z zajęciami pozalekcyjnymi jest jeszcze ten problem, że bardzo często ich wyboru dokonują rodzice, kierując się albo swoimi niezrealizowanymi w młodości marzeniami albo przekonaniem o tym, co dziecku jest potrzebne i zapewni my świetlaną przyszłość, pomijając przy tym zainteresowania dziecka. Tata jest niespełnionym piłkarzem, więc syn musi chodzić do szkółki piłkarskiej, nawet jeśli marzy o nauce programowania. Mama chciała zostać baletnicą, więc córka ma ćwiczyć taniec, nawet jeśli najchętniej wybrałaby zajęcia plastyczne. I tak dalej…

Zdecydowaliśmy, że nasi chłopcy będą mieli tylko jedne zajęcia pozalekcyjne i sami wybiorą, co ich interesuje. Założyliśmy też, że ten wybór może ulec zmianie. Skąd bowiem dziecko ma wiedzieć, czy coś mu odpowiada, jeśli najpierw tego nie spróbuje?

Benio, nasz tegoroczny pierwszoklasista, oświadczył, że chce trenować judo. Trochę mnie to zdziwiło, więc usiedliśmy we dwóch i zaczęliśmy oglądać na YouTube walki. Zgodnie z tym, czego się spodziewałem, szybko oświadczył, że to nie to. Obejrzeliśmy więc pokazy kung fu, karate i taekwondo. Przy tym ostatnim oczy chłopcu się zapaliły. O tym myślał od początku, tylko pomylił nazwy dyscyplin. Okazało się, że w jego szkole są treningi, więc zapisaliśmy na trening pokazowy. Radość i entuzjazm po zajęciach pokazały, że będzie z niego zawodnik.

Fabian już drugi rok dopominał się zajęć z programowania. Niezmiennie twierdzi, że w przyszłości chce zostać twórcą gier. No, dobra – pomyślałem – skoro myśli już o swojej przyszłości, to niech chociaż wybierze zawód z przyszłością, to i my, rodzice, skorzystamy. Tyle się mówi o tym podawaniu szklanki na starość. Szklanki pewnie nie poda, do domu starców odda, ale niech go chociaż będzie stać na jakiś dobry dom starców dla nas, zwłaszcza że ja wszak od Żony jestem szesnaście lat starszy, więc mi mniej czasu zostało…

Poważniej jednak podchodząc do sprawy, przyznam, że ta chęć nauki od początku bardzo mnie ucieszyła. Fabian od początku uwielbiał grać, łatwo w to wsiąkał, najchętniej mówił wyłącznie o ulubionych grach: o Minecrafcie, Arku i Fortnite. Uznałem, że takie rozszerzenie tej pasji to krok w dobrą stronę.

Rok temu z wielu względów nie mogliśmy zapisać go na zajęcia z programowania. Bardzo chcieliśmy, skoro wytrwał w takim marzeniu, by mógł chodzić na nie w tym roku szkolnym. I udało nam się. Okazało się, że w pobliżu jest szkoła programowania Mindcloud. Dzieciaki uczą się, funkcjonując w świecie Minecrafta, czyli bardzo popularnej wśród nich gry.

Gdy wrzucałem na Instagrama fotkę z zajęć pokazowych, jeden z komentujących dziwił się, co ma wspólnego Minecraft z programowaniem. W czasie zajęć dzieci posługują się specjalną, zmodyfikowaną wersją gry, w której między innymi programuje się roboty. Ten pierwszy etap nauki nie ma bowiem na celu tego, by dzieci siedziały przed monitorem i klepały kod. Chodzi o to, by zrozumiały sens, istotę poszczególnych zagadnień. Dlatego najpierw uczą się bez komputerów, dopiero potem siadają przed monitorami i wykorzystują zdobytą wiedzę. Uczą się, czym są pętle, warunki, jak to wszystko w ogóle działa.

Uważam, że to ma ogromny sens. Gdy sam zaczynałem przygodę z nauką programowania, byłem już dorosły, uczyłem się sam i pamiętam, że było to dla mnie bardzo trudne. Wymagało bowiem przestawienia się z myślenia potocznymi znaczeniami konstrukcji zdania na myślenie „komputerowe”. O ileż łatwiej by mi było i ile czasu bym zaoszczędził, gdyby wtedy ktoś, zanim usiadłem do nauki języka, po ludzku różne rzeczy mi wyjaśnił.

Dopiero gdy dzieci opanują to programistyczne myślenie, ucząc się tego i utrwalając zdobytą wiedzę w atrakcyjnej dla nich formie, jest sens, by poszły krok dalej – czyli przeszły do programowania jako takiego. I tego uczą się w kolejnych etapach, na kolejnych poziomach.

Generalnie, mam wrażenie, że w zajęciach pozalekcyjnych od samej nauki, choć ona jest oczywiście istotna, znacznie ważniejsze jest fajne spędzanie czasu i aktywność, która sprawi dziecku frajdę. Po pierwsze dlatego, że godziny spędzone na szkolnej nauce, na ogół niezbyt atrakcyjnej, warto zrównoważyć czymś przyjemnym. Po drugie dlatego, że taka formuła pozwala rozbudzać pasję i – co jeszcze ważniejsze – nie zabić pasji. Po trzecie dlatego, że o ile szkoła na ogół skutecznie do nauki zniechęca, to bardzo istotne jest pokazanie, iż nauka może być czymś atrakcyjnym, ciekawym i przyjemnym.

Najlepszą recenzją tej minecraftowej przygody w Mindcloud jest to, że nasz Fabian z ochotą wstaje w sobotę wcześnie rano, by zdążyć na zajęcia, z zainteresowaniem pracuje przez półtorej godziny, a po powrocie buzia mu się nie zamyka, gdy opowiada, co robili. I o to właśnie chodzi.

DOWIEDZ SIĘ WIĘCEJ O NAUCE PROGRAMOWANIA DLA DZIECI W MINDCLOUD

Obserwuj

Jakub Śpiewak

Mąż, tata dwóch chłopców - Fabiana i Benia oraz dwójki dorosłych dzieci. Autor tekstów, grafik, fotograf i opiekun techniczny Mądrych Rodziców. Bloger znany jako Spesalvi. Prywatnie bawi się muzyką i fotografią, fan Mike'a Oldfielda i Sabatonu.
Jakub Śpiewak
Obserwuj

Latest posts by Jakub Śpiewak (see all)

POLECAMY