• Kategoria: Archiwum
  • Data:

Mamo już czas, otwórz jej

Rodzimy się i umieramy. Taka kolej rzeczy. A  wtedy, gdy to rodzice muszą pochować swoje dziecko, również?

Siedziałyśmy na korytarzu. Twarde, niewygodne krzesełka. Obdrapane ściany. Obok izolatka z jednym łóżkiem. W łóżku, dziewczynka, za tydzień skończy  dziesięć lat.
– Powiedz mi Anika, ona umrze prawda? – Patrzyłam na nią i nie myślałam, co odpowiedzieć. Moje myśli krążyły wokół tego, że sama miesiąc temu dowiedziałam się o tym, że mój syn jest naznaczony. Naznaczony mukowiscydozą. Przerażał mnie każdy jego płytszy oddech, każdy niespokojny ruch. W salach obok, też leżeli naznaczeni. Ci trochę starsi i ci, którzy dopiero się urodzili. Byłam jedną z tych mam, które dopiero uczyły się z tym żyć. Żyć z wyrokiem wydanym na ich dzieci.

– To niesprawiedliwe. Ty powinnaś być na innej sali, w innym miejscu. Młoda jesteś, pierwsze dziecko, diagnoza i od razu taka przeprawa – Nie wiem czy udawałam, czy nie chciałam wiedzieć, o czym mówi. Ta profesor przecież nie owijała w bawełnę. Pierwsza rozmowa po pełnej diagnozie, statystyki, umieralność, trud leczenia, brak szpitali i specjalistów. Tylko, ja wtedy myślałam, że to takie gadanie, że musi mnie uświadomić, bo w rzeczywistości to tak przecież nie wygląda.
– W sumie może to i lepiej, szybciej się oswoisz. I nie unikaj z nim rozmów o odchodzeniu. I tak się dowie. Jak będzie już miał parę lat, powiedz mu wprost. Tak, tyle wystarczy, nasze dzieci szybciej dostrzegają, mocniej to czują. Widzą, jak ze szpitalnych sal, w czarnych workach znikają ich koledzy – Nie poruszałam się prawie, nawet oddychałam inaczej. Chciałam, żeby przestała mówić, chciałam wstać i zabrać moje dziecko. Uciec.

– Myślisz, że powinnam iść teraz do niej? Usiąść, wziąć ją za rękę i pozwolić odejść? – Nie patrzyłam na nią, tylko na okienko tej izolatki. Leżała tam. Miliony rurek, kroplówek, kabelki i monitory. Ledwo można było ją dostrzec. Myślałam – Kobieto! To twoja córka! Po jaką cholerę mnie umoralniasz i tłumaczysz, co mam zrobić z moim synem skoro sama… I wtedy to sobie uświadomiłam. Ona się bała. Siedziała koło mnie na tym zimnym, twardym krzesełku i próbowała oddać mi trochę swojej bezsilności i lęku. Swojego przerażenia i strachu.

Zrozumiałam to kilkanaście lat później. Gdy w podobnym miejscu, w żółtym ochronnym fartuchu, siedziałam obok innej kobiety. Na Oiomie, niemalże jednocześnie, umierał mój mąż i jej syn. Opowiadałyśmy sobie absurdalne sytuacje, radziłyśmy jak porozmawiać o tym z dziećmi, jak żyć dalej. Lekarze patrząc mi w oczy i wyrzucając z siebie słowa o sepsie, o braku pracy nerek, o lecącym ciśnieniu mówili mi, że on umiera. Ja nie słyszałam. W mojej głowie tliły się inne obrazy i dźwięki. O tym, że jeszcze jest jakaś nadzieja, że cud, że to nie może być prawda. I nawet gdy wyciągałam z szafy garnitur do trumny, a mój syn krzyczał – Nie będę się leczył rozumiesz?! Zabierz ten pieprzony inhalator, nie będę tego brał, bo i tak zdechnę jak ojciec! Udławię się własną krwią, zakopią mnie w lodowatej ziemi, więc  zabieraj się z tymi wszystkimi lekami! – to ja myślałam, że to się nie dzieje.  Przecież obiecałam mu kiedyś, mojemu ukochanemu mężowi, że zrobię wszystko, żeby uratować jego życie. A okazało się, że byłam jak ta matka z twardego krzesła – chciałam zrobić wszystko, a nie mogłam nic. Nie mogłam.

 – Mamo, a kiedy umrę, będę tam sam? – Miała rację, pomyślałam, wystarczy im mieć kilka lat, żeby się po prostu domyślić. Tyle rozmów na ten sam, bolesny temat. Tysiące scenariuszy, moich łez i jego pocieszeń. Przerażających myśli, które nagle budzą w środku nocy, uporczywie biegając po głowie. Czy nie będzie mu tam zimno i że boi się ciemności. Modlitw nie wiadomo do kogo, o to żeby nie cierpiał, nie dusił się. Żebym miała za co go pochować, zapalić znicz, kupić kwiaty. I zaraz po tym, nienawiść do samej siebie, za te myśli, za przedwczesny płacz.

I znowu poranek, znajome charczenie, krew, duszność, karetka i jego oczy. Te oczy które mówią i bezgłośnie pytają – Jak długo jeszcze? Dlaczego ja, mamo? Po co to wszystko? To piekło na ziemi? Mamo, pozwolisz mi? Dasz mi odejść, kiedy już nie będę miał sił walczyć?

Dziś rano odebrałam telefon, od przyjaciółki. Miał być przeszczep, miał być koniec ich drogi przez mękę. Stało się inaczej. Mój syn, słysząc te rozmowę i pakując plecak do szkoły, podszedł,  pogłaskał mnie po głowie i wyszedł. Wytrzymałam sama ze sobą do południa, wsiadłam w miejski i jeździłam bez celu. Koło parku zauważyłam jego zgarbioną postać, snującą się w ten szary, ponury dzień. Wysiadłam, chciałam podejść ale dostrzegłam, że przysiadł i schował twarz w dłoniach. I dotarło do mnie, że on boi się bardziej niż ja.

W izolatce zrobiło się głośno i nerwowo. Lekarze, pielęgniarki. Zerwała się z krzesła i pobiegła tam.

Mała patrzyła w jeden punkt. – Mamo, puka słyszysz? Otwórz jej. – patrzyła na drzwi, zza których dobiegał tylko dla niej słyszalny dźwięk.
– Mamo, już czas. Otwórz jej, proszę. To ona. Śmierć.

Anika Zadylak – Werner

autorka bloga http://tamtastronalustra.blog.pl/, dziennikarka Radia Revolta, publicystka w Kwartalniku Mukowiscydoza.

10 sprawdzonych sposobów, jak wspomóc dziecko w nauce programowania - pobierz darmowy ebook

POLECAMY