• Kategoria: Archiwum
  • Data:

Nie zmienimy naszych dzieci, musimy zmienić szkołę

Na każdym kroku spotykam się z rodzicami, którzy odraczają wysłanie do szkoły swojego dziecka. Główny powód? „Boję się, czy moje dziecko sobie poradzi” oraz „Czy moje dziecko wytrzyma w ławce 45 minut!?”. No właśnie – nie wytrzyma!

O ile podoba mi się pomysł posyłania dzieci do szkoły o rok, a nawet dwa, czy trzy (jak to jest na zachodzie) lata wcześniej, tak niestety ubolewam nad faktem, iż ta nasza polska szkoła to dla większości dzieci po prostu piekło. Patrząc na problem globalnie, rozumiem rodziców, którzy chcą przedłużyć swoim pociechom dzieciństwo. Bo we współczesnej szkole to dzieciństwo zwyczajnie się kończy. A tak być nie powinno.

Żyjemy w świecie technologii cyfrowej. Według Erica Schmidta, prezesa wykonawczego Google, nadejdzie dzień, gdy internet będzie wszędzie. Nawet w żarówkach. Rewolucja informatyczna dokonała ogromnych zmian w świecie, w naszym stylu życia, ale także w naszych mózgach. A przede wszystkim w mózgach naszych dzieci. One bowiem nie znają świata bez technologii. Na ile jest to dobre, a na ile szkodliwe, pisałam niedawno w innym poście. Tym razem chciałam się skupić na szkole w dobie high-tech.

“Dzisiejsi uczniowie, w przedwczorajszych szkołach przygotowywani są przez wczorajszych nauczycieli do rozwiązywania problemów, jakie przyniesie jutro.”
Marc Prensky

Generacja, która została wychowana na cyfrowych gadżetach, to „cyfrowi tubylcy”, jak nazwał ich Marc Prensky. Oni zupełnie inaczej odbierają i przetwarzają informacje, niż ich poprzednicy, czyli „cyfrowi imigranci”. Marzena Żylińska, autorka pierwszej w Polsce książki o neurodydaktyce i od niedawna doradca naszej minister edukacji, upatruje źródeł tych różnic w odmiennej socjalizacji, różnych typach aktywności, sposobach poznawania świata, a także posługiwania się przez te dwie grupy ludzi zupełnie innym językiem.

Nie trudno się więc domyślić, że opisane przez nią różnice mają znaczący wpływ na funkcjonowanie całego systemu edukacji. Problem polega na tym, że system ten został stworzony przez osoby i dla osób, które funkcjonowały w świecie bez nowych technologii.

Płynie z tego prosty wniosek: współcześni nauczyciele nie są przygotowani do pracy ze współczesnymi uczniami. Nie dość, że obie strony nie rozumieją się wzajemnie, to mózgi naszych dzieci nie są przystosowane do standardowego modelu nauczania, czyli siedzenia w ławkach, słuchania przez trzy kwadranse tego, co ma do powiedzenia nauczyciel, pracy z podręcznikiem i zeszytem ćwiczeń oraz spędzania całego popołudnia na odrabianiu bezwartościowych (sic!) prac domowych, które często są powodem frustracji zarówno dzieci, jak i rodziców.

Według badaczy mózgu, szkoły powinny zmienić styl nauczania, znaleźć inne rozwiązania i metody pracy. Jak pisze Żylińska: „Szkoły i uniwersytety trzeba przystosować nie tylko do wymogów XXI wieku, ale również do nieco inaczej pracujących mózgów dzisiejszych uczniów i studentów. […] Nauczycielom wyposażonym w wiedzę dotyczącą sposobu funkcjonowania mózgu łatwiej będzie przewidywać możliwe problemy i trudności, które mogą pojawić się u uczniów. Bez tego nie tylko trudno jest dobierać odpowiednie narzędzia i planować lekcje, ale równie trudno o porozumienie, bez którego nie ma mowy o efektywnej nauce”!

Tym, co najbardziej wyróżnia generację cyfrowych tubylców jest multitasking. Pojęcie to oznacza zdolność wykonywania jednocześnie kilku czynności. Mózgi dzieci, ukształtowane w cywilizacji high-tech, są w pewnym stopniu przystosowane do odbierania i równoległego przetwarzania wielu informacji. Zauważmy, że nasze dzieci potrafią w tym samym czasie czatować z rówieśnikami, słuchać muzyki, sprawdzać maila i odrabiać lekcje, surfując równocześnie po sieci w poszukiwaniu materiałów potrzebnych do rozwiązania zadania. Dla starszego pokolenia jest to często niezrozumiałe, bowiem większość z nas nie potrafiłaby uczyć się w takich warunkach. Jednak w przypadku cyfrowych tubylców, których mózgi wyposażone są w zupełnie inne struktury neuronalne, jest to możliwe.

Niestety pojawia się tutaj inny problem, mianowicie efektywność takiej formy przyswajania wiedzy. Fakt, że młodzi ludzie preferują ten styl nauki nie oznacza, że jest on dla nich najlepszy. Manfred Spitzer w swojej książce „Cyfrowa demencja” przytacza badania, które pokazują, iż korzystając z komputera podczas odrabiania pracy domowej, dziecko wykorzystuje tylko i wyłącznie jedną trzecią czasu przeznaczonego na zadanie. Straty w efektywności są więc duże. „Efektywność pracy w przypadku multitaskingu maleje, szczególnie gdy w grę wchodzą czynności wymagające udziału świadomości i dużej koncentracji”. Jednocześnie „dzięki multitaskingowi cyfrowi tubylcy mogą też natychmiast robić to, co łączy się z przyjemnością, a to oznacza, że w mózgu uaktywniony zostaje układ nagrody powodujący wydzielanie dopaminy” – pisze w swojej książce Żylińska.

Co to oznacza w praktyce? Naszym dzieciom robienie wielu rzeczy naraz sprawia zwyczajnie przyjemność! A to przecież jest ich celem – podążać za każdym nowym i ciekawym impulsem. Ma to swoje negatywne skutki w postaci braku konsekwencji w działaniu, dużej straty czasu i małej efektywności, ale rekompensowane jest natychmiastowym uczuciem przyjemności spowodowanym uwalnianiem się dopaminy.

Dlatego też nauczyciele i rodzice powinni rozumieć, że dzisiejsze pokolenie to multitaskingowcy, którym skupienie się na jednej rzeczy sprawia ogromną trudność, a wielozadaniowość przynosi radość! Nie są więc w stanie przyswajać wiedzy w tradycyjny sposób, który był podawany ludziom od początku istnienia instytucji szkoły. Zdecydowana większość cyfrowych tubylców deklaruje, że nudzi się, gdy wykonuje tylko jedną czynność. Skoro więc dzieci czerpią przyjemność z wielozadaniowości, a robienie jednej tylko rzeczy w tym samym czasie jest nudą, to jak może zainteresować je to, co mówi do nich nauczyciel, stojąc jak słup na środku sali i dając wykład przepełniony suchymi faktami? Jak mogą usiedzieć w ławkach, kiedy nawet oglądając telewizję, wykonują jednocześnie kilka czynności naraz? A czy nie tak wyglądają lekcje dzieci w większości szkół w Polsce? I to już od pierwszej klasy. Po prostu nuda. A, jak już kiedyś pisałam, w szkole nuda jest największym wrogiem uczniów! Podawanie im gotowej wiedzy, robienie nudnych ćwiczeń i testów, działanie bez emocji, czyli siedzenie w ławkach, przepisywanie książki do zeszytu, bądź bierne słuchanie wykładu nie pozostawia w ich mózgach najmniejszych śladów. Jest kompletnie nieefektywne. Mózg się nie rozwija, a neurony umierają… z nudów. Później i tak dziecko musi nadrabiać wszystko pracą w domu, lub na korepetycjach. Jaki więc sens ma taka nauka? Jaki sens ma taka szkoła? Mówi się, że szkoły są bezpłatne, ale pieniądze wydawane na naukę pozalekcyjną oraz czas na nią poświęcony jest olbrzymią ceną, którą płaci nie tylko rodzic, ale przede wszystkim dziecko.

Dlatego tak bardzo istotnym jest, by zdać sobie sprawę z tego, że nasze dzieci nie są inne, gorsze, bardziej niegrzeczne, nieprzystosowane. To szkoła nie jest przystosowana do naszych dzieci! I to ona powinna się zmienić, a nie uczniowie. Z naszymi dziećmi jest wszystko w jak najlepszym porządku. To nam, rodzicom i nauczycielom powinno zależeć, by wychować mądre dzieci. By wykształcić mądre społeczeństwo.

Nie możemy mieć pretensji do uczniów, że nie mogą wysiedzieć w ławce, słuchając nudnych wywodów nauczyciela. Ich mózgi nie są do tego przystosowane i najwyższy czas zmierzyć się z tym faktem. Powinniśmy więc edukować nauczycieli, by wdrażali w swoją pracę metody aktywne, opierające się na tworzeniu zadań umożliwiających podejmowanie przez uczniów różnych form aktywności. Aby ich lekcje były urozmaicone, a uczniowie sami wyszukiwali i przetwarzali informacje, zamiast biernie przysłuchiwać się wykładom. Współcześni nauczyciele muszą dostosować swoje lekcje do możliwości i potrzeb współczesnych uczniów. Obserwować ich, by wiedzieć, kiedy ich uwaga się wyłącza, a następnie wyciągać wnioski. Nie takie, że to dzieci są złe, bo nie uważają. Lecz takie, że to lekcja jest nudna i monotonna, a materiały lub metody zostały źle dobrane. Uderzyć się w pierś i stwierdzić: „to moja wina”, a następnie naprawić swój błąd. Dzieci mają wrodzoną chęć do nauki. To szkoła i nuda zabijają w nich tę umiejętność i ciekawość świata.

Szkoła powinna być miejscem przyjaznym mózgowi dziecka i samemu dziecku. Skostniały, pruski system edukacji nie udźwignie problemów współczesnych dzieci, a to zawsze będzie rodziło lawinę konfliktów między nauczycielami, uczniami i rodzicami. Szkoła i nauka muszą być przyjemnością. A nie piekłem na ziemi. I wierzę, że ze świadomością funkcjonowania naszych dzieci we współczesnym świecie, wspólnie uda się nam to zmienić. Bo wszyscy jesteśmy winni naszym dzieciom szczęście.

Mira z Miminaliv

minimaliv

ilustracja: crackdog / Flickr / CC BY 2.0
10 sprawdzonych sposobów, jak wspomóc dziecko w nauce programowania - pobierz darmowy ebook

POLECAMY