Rodzice i szkoła w klinczu

Swego czasu często w ramach swojej pracy odwiedzałem szkoły, i podstawowe, i gimnazja, i ponadgimnazjalne. Starałem się pracować i z uczniami, i z nauczycielami, i z rodzicami. Szczególnie zależało mi na rodzicach, bo to oni przecież ponoszą główną odpowiedzialność za wychowanie dzieci. Ale właśnie z nimi pracować jest najtrudniej, bo rzadko kiedy bywają w szkole. Wina za ten stan rzeczy nie leży jednak tylko po ich stronie.

Pracowałem z uczniami. To lubiłem najbardziej, bo dzieciaki po prostu są fajne. I dostaje się natychmiast komunikat zwrotny. Albo Cię kupią albo nie. Jeśli nie – od razu to poczujesz. Ale jeśli tak – też.

Pracowałem z nauczycielami. To trudna grupa. Czasem mówiłem im, że są bardziej niesforni i gorzej wychowani niż ich uczniowie. Często są przekonani, że wiedzą wszystko i to wiedzą najlepiej. Czasem nic im się nie chce. Bywają zniechęceni, przytłoczeni wywieraną na nich presją, codziennymi trudnościami oraz potworną szkolną biurokracją. (Na pohybel ministerstwu, kuratorium i wszystkim innym instytucjom wymyślającym kolejne druki i formularze!) Ale z nauczycielami nie jest jeszcze tak trudno. Przynajmniej można ich zebrać i popracować, np. w ramach szkoleniowej rady pedagogicznej.

Najtrudniej jest z rodzicami. Szkoły spotkania profilaktyczne organizują przy okazji wywiadówek. Inaczej nie ma szans na to, że jakikolwiek rodzic przyjdzie. Naprawdę. Pamiętam spotkania organizowane poza wywiadówkami. Nie odbyły się, bo sala była idealnie pusta. A i na wywiadówkach bywa kiepsko.

Ci, którzy chodzą lub chodzili na wywiadówki swoich dzieci, wiedzą o czym piszę. Przychodzi połowa rodziców i słuchają utyskiwań nauczycieli na tych, którzy nie przyszli. A nie przyszli na ogół ci, którzy najbardziej powinni. Byłem kiedyś w pewnej szkole, w której pojawił się ostry konflikt między dzieciakami, przemoc. Połowa rodziców nie dotarła. W tym zabrakło większości tych, których dzieciaki narozrabiały.

Rodzic oczekuje, że szkoła załatwi za niego problem, wychowa dziecko, a potem odda takie już naprawione i powie „ojejej, jakie masz fajne, dobre dziecko”. W rozmaitych ankietach często pojawiają się pretensje rodziców wobec szkoły, że ta nie proponuje wsparcia dla rodziców. Ale, kiedy szkoła coś zaproponuje, rodzice z tego nie korzystają i pomstują, że po co to, że strata czasu, że głowę zawracają. Żeby było jasne – nie dlatego, że to, co szkoła zaproponowała, było np. kiepskiej jakości. O tym nie było okazji się przekonać, bo się nie skorzystało.

Oczywiście, jesteśmy wszyscy zapracowani, przemęczeni, mamy mało czasu. To zrozumiałe. Ale – na litość boską – samiśmy się w to wpakowali. Nikt nikogo nie zmusza do bycia rodzicem. Dwie osoby muszą się o to postarać.

To nie jest jednak też tak, że wina leży wyłącznie po stronie rodziców. To by była zbyt prosta diagnoza. Problem tkwi również w tym, że szkoła często nie umie budować relacji z rodzicami.

Pamiętam, że byłem kiedyś w górach w gimnazjum, dość sporym zresztą. Po spotkaniu z dzieciakami, po szkoleniu z nauczycielami przyszła pora na wywiadówkę. Dyrektor szkoły prowadzi mnie i po drodze mówi do mnie tak: „Bardzo przepraszam, niestety, nie wszyscy rodzice dziś przyszli”. Pocieszam go więc, mówiąc: „Niech się pan, panie dyrektorze, nie przejmuje, prowadziłem już zajęcia dla jednego rodzica.” Otwieramy drzwi sali gimnastycznej, a tam tłum taki, że ledwo da się wejść do środka. Faktycznie, rodzice trójki dzieci nie przyszli i z tego tłumaczył się dyrektor.

Pytałem go, jak udało mu się osiągnąć takie efekty. Po pierwsze, co podkreślał, nie nastąpiło to od razu, ale wymagało pracy i czasu, by rodzice przekonali się, że warto i by powstała atmosfera współpracy. Po drugie, wymagało pracy i z rodzicami i z nauczycielami. Po trzecie, wymagało zmiany myślenia po stronie szkoły, a potem przekonania rodziców, ze taka zmiana nastąpiła.

Ta zmiana to przyjęcie naprawdę zasady, że rodzic to klient szkoły, a klient nasz pan. I to się wyrażało w rozmaitych, z pozoru drobnych, szczegółach. Zniknęły małe, niewygodne dla dorosłych, ławeczki. W drzwiach na wywiadówce rodziców witał zawsze pracownik szkoły. Pojawiła się kawa i herbata. Niedopuszczalne stało się, by nauczyciel siedział przy biurku, a przed nim stała kolejka rodziców. Rada rodziców miała realny wpływ na funkcjonowanie szkoły.

Wiele takich drobiazgów pokazywało rodzicom, że są w szkole oczekiwani, mile widziani, szanowani i traktowani poważnie. Po pewnym czasie, bo przecież nie od razu, rodzice uwierzyli, że to nie jest chwilowy kaprys, jakaś akcja, tylko rzeczywista zmiana. I wtedy również rodzice zaczęli zmieniać swój stosunek do szkoły.

Powiedzmy sobie to jasno, że ten dyrektor jest – niestety – wyjątkowy. Niestety, bo rzeczywistość większości szkół jest zupełnie inna. Rodzic bardzo często ma prawo czuć sie w szkole źle. Nauczyciel go poucza, strofuje, traktuje z góry, nie słucha, nie przyjmuje żadnej krytyki, a komunikacja sprowadza się do jednostronnych komunikatów w stylu „pani syn zrobił to”, „pana córka zrobiła tamto”, a „nieusprawiedliwionych nieobecności ma X godzin”. Trudno dziwić się rodzicom, że nie chcą być tak traktowani.

A przecież współpraca jest w interesie obu stron, bo obu stronom na ogół zależy na tym samym, mają wspólny cel, jakim jest dobro dziecka. Bo ja głęboko wierzę, że choć obie strony, mówiąc kolokwialnie, mają swoje za uszami, to i rodzicom i nauczycielom, czy szkole jako instytucji, zależy na dobru dziecka. Czasem tylko nie potrafią ze sobą współpracować. A może nawet nie „czasem”, lecz „często”.

Pierwszy krok musi jednak wykonać szkoła. W naturalny sposób, rodzice w szkole zmieniają się częściej niż nauczyciele. Przychodzą ze swoimi dziećmi i razem z nimi odchodzą. Najdłużej są w szkole podstawowej, choć tu mamy dwa odrębne de facto etapy kształcenia. A nauczyciel zostaje. Poza tym szkoła jest instytucją, systemem i zmiany w tym systemie wpływają na postawy rodziców, a odpowiedzialność za wszystko, co się w szkole i wokół niej dzieje, ponosi dyrektor. Zmiana sposobu myślenia nauczycieli o współpracy z rodzicami wymaga czasu, jak każda zmiana postaw. To, o czym warto pamiętać, zmiana trudna, bo musi nastąpić jako pierwsza, jeszcze zanim zmienią się rodzice, więc nauczyciele muszą być odporni na pierwsze niepowodzenia.

Powiedzmy sobie jednak jasno – jeśli te zmiany nie nastąpią, jeśli my, dorośli, nie nauczymy się tworzyć koalicji i w porozumieniu, spójnie działać na rzecz dzieci, to niewiele osiągniemy.

 

Obserwuj

Jakub Śpiewak

Mąż, tata dwóch chłopców - Fabiana i Benia oraz dwójki dorosłych dzieci. Autor tekstów, grafik, fotograf i opiekun techniczny Mądrych Rodziców. Bloger znany jako Spesalvi. Prywatnie bawi się muzyką i fotografią, fan Mike'a Oldfielda i Sabatonu.
Jakub Śpiewak
Obserwuj

Latest posts by Jakub Śpiewak (see all)

POLECAMY