• Kategoria: Archiwum
  • Data:

Słup ogłoszeniowy

Coraz częściej zastanawiam się, niczym w piosence zespołu Lady Pank, “kto zwariował: ja czy świat”. No, dobra. Może nie cały świat, a jedynie niektórzy jego przedstawiciele i przedstawicielki. W szczególności dotyczy to przedstawicieli firm i blogerów.

Stworzyliśmy praktycznie od zera stronę internetową i fanpage. Odwiedza nas sporo osób, co cieszy i daje motywacyjnego kopa. Tworzymy treści, dodajemy je. Jak to powiedział pewien sławny bloger, “dokarmiamy Czytelników”. Codziennie wyszukujemy ciekawe treści na fanpage, staramy się regularnie publikować własne materiały na stronie internetowej. Wkładamy czas, pracę, serce i pieniądze w rozwijanie serwisów. (Tak, tak, pieniądze też.)

Na stronie i na Facebooku często promujemy zupełnie za darmo ciekawe przedsięwzięcia kierowane do rodziców. Przyjęliśmy zasadę, że taką darmową reklamę robimy tylko wtedy, gdy projekt wydaje nam się ciekawy, a przy tym jest bezpłatny dla odbiorców. Jest wiele fajnych akcji, produktów, wydarzeń, które są dostępne bezpłatnie dla odbiorców, bo są finansowane w inny sposób. Jeśli ktoś chce cokolwiek naszym Czytelnikom sprzedawać, cokolwiek by to nie było i ile by nie kosztowało, to uznaliśmy, że wtedy może korzystać po prostu z naszej płatnej oferty reklamowej. Tak na zdrowy rozum: skoro ktoś chce zarabiać, to dlaczego mamy mu za darmo w tym pomagać? Dla blogerek i blogerów parentingowych przygotowaliśmy agregator “Rodzicielska blogosfera“. Ze statystyk wynika, że generujemy blogerom przy niektórych wpisach nawet po kilka tysięcy wejść. Agregator jest całkowicie bezpłatny. Wydawało nam się, że to zdrowe i jasne zasady.

Regularnie dostajemy, czy to mailem, czy – co częstsze – w facebookowych wiadomościach propozycje współpracy, która ma polegać na tym, że my coś będziemy promować. Na takim oczekiwaniu wobec nas propozycja się kończy.

“Opublikujcie na swojej stronie link do mojej strony”.

Fajnie, wchodzimy – 5 lubiących. No, żeby tam jeszcze coś ciekawego było. W końcu liczba “lajków” nie jest najważniejsza. Ale ciekawego nie ma tam nic – ot, kilka postów reklamujących ubranka albo zabawki. Co tu polecać? Odmawiamy. Dowiadujemy się w odpowiedzi, że to skandal, bo przecież produkt kierowany jest do rodziców, nasza strona kierowana jest do rodziców, więc powinniśmy zamieścić. Bo tak.

“Uprzejmie informujemy, że w naszej kawiarni odbędzie się wydarzenie i prosimy o zamieszczenie informacji o nim na Waszej stronie”.

Mamy na stronie dział “Polecane wydarzenia”. Na Facebooku chętnie zamieszczamy zapowiedzi ciekawych wydarzeń. Zaglądamy więc. Wydarzenie polega na tym, że w lokalu zrobiono kącik dla dzieci. Szałowo! Atrakcja polega na tym, że rodzice mogą wydać pieniądze w kawiarni, a dziecko dostanie w kącie klocki do zabawy. Odpisujemy, że przestrzeń dziecięca to pomysł stosowany przez coraz więcej lokali, nie widzimy w tym nic odkrywczego ani ciekawego. Właścicielka kawiarni jest oburzona. Naszym psim obowiązkiem jest promować lokale przyjazne mamom. Odpisujemy jeszcze, że po pierwsze nie mamom, a rodzicom i dzieciom, bo tata też może iść z dzieckiem do kawiarni, po drugie – uważamy, że to powinien być standard, a promować możemy lokal, który np. organizuje ciekawe spotkania albo wykłady.

“Zwracamy się z prośbą o polecenie naszego produktu Waszym użytkownikom, gdyż wydaje nam się, że będzie on dla nich interesujący.”

Zaglądamy. Produkt może i byłby nawet interesujący. Kosztuje blisko 100 złotych. Wyjaśniamy zasady współpracy z nami. Dowiadujemy się, że jako Mądrzy Rodzice powinniśmy zareklamować ów produkt za darmo, bo stworzyli go ludzie, którzy są rodzicami. Fakt, to rzadkość, że ktoś, kto prowadzi firmę, jest też rodzicem. Ewenement na skalę światową.

“Udostępnijcie link do mojego bloga na Waszym funpage”.

Zacznijmy od tego, że “fanpage”, a nie “funpage”. Ale nawet nie prostujemy. Wchodzimy z ciekawości na blog. W ciągu ponad roku – 25 wpisów. Blogerka nie przepracowuje się. Wpisy odkrywcze przesadnie nie są, a i od strony stylistycznej pozostawiają wiele do życzenia. Odpisujemy, że nie widzimy powodu, by udostępniać, ale jest agregator, do którego można dodać blog. W odpowiedzi dowiadujemy się, że “najwyraźniej nie jesteśmy tak mądrymi rodzicami, jakby wynikało z nazwy”. (Styl i interpunkcję poprawiliśmy.) Powinniśmy na tym zakończyć konwersację, ale – przyznam – mnie osobiście wkurzyło. Odpisuję więc, że obrażanie kogoś, kogo się prosi o pomoc, to osobliwa strategia promocyjna i w związku z tym teraz blogerka może być pewna, że i w naszym agregatorze jej blog miejsca nie znajdzie. Dowiaduję się, że to nie było obrażanie, ale wyrażenie opinii, do czego owa blogerka ma prawo. Już nie odpisuję. Bo i po co?

Takich historii mogę opisać znacznie więcej. Tylko po co? Łączy je przekonanie bohaterów, że im się należy. Dwie mamy rozkręciły biznes. Wszyscy mają obowiązek za darmo im pomagać, bo one są mamami? Pani założyła blog, a – wiadomo – “blogerzy nie płacą”. Właściciel czy właścicielka firmy angażuje się w nią całkowicie, to zrozumiałe, ale to jego / jej firma, nie nasza.

Można nawet zrozumieć, że początki są trudne, że pieniędzy nie ma, że trzeba szukać takich form współpracy, które nie wymagają wykładania gotówki. Słowo “współpraca” zakłada jednak wzajemność. Wskazuje na to owo “współ”. Współ – czyli wspólna praca. Nie układ, w którym jedna strona pracuje (bo przecież prowadzenie popularnej strony to praca), a druga czerpie korzyści. Dlatego od dziś pna tego rodzaju “propozycje” nie będziemy w ogóle odpowiadać. Szkoda nerwów.A piszę tu o tym tylko dlatego, że nie mogę przestać się dziwić.

To kto zwariował? My czy świat?

10 sprawdzonych sposobów, jak wspomóc dziecko w nauce programowania - pobierz darmowy ebook

POLECAMY