Zdalna edukacja w czasach epidemii? To bez sensu

Gdy ogłoszono zamknięcie szkół, sam od razu powiedziałem chłopakom, że to nie są ferie, tylko kwarantanna i w tym czasie będą uczyć się w domu. Zaproponowałem im powtarzanie materiału, różne ćwiczenia i czytanie książek. Tak pracowaliśmy przez pierwsze dwa dni. Potem nastąpił weekend, a po weekendzie do pracy wzięli się nauczyciele i zapanował chaos.

Wszyscy nauczyciele zalali nasze skrzynki w e-dzienniku wiadomościami z zakresem materiału, który w ramach każdego z przedmiotów uczniowie mają opanować, ćwiczeń, które mają wykonać, zadań, z których mają zostać przez nauczycieli rozliczeni. Oczywiście, jak to bywa, każdy nauczyciel żyje w przekonaniu, że jego przedmiot jest najważniejszy, więc żaden się nie oszczędzał. A co!

Na usprawiedliwienie grona pedagogicznego zaznaczę, że z początku nikt tak naprawdę nie wiedział, co i na jakich zasadach nauczyciele mają robić. Dopiero później kuratorium (przynajmniej w województwie mazowieckim) wydało wytyczne, z których wynika jednoznacznie, że zdalne nauczanie może obejmować wyłącznie powtórzenie materiału i rozwijanie pasji, ale nie może stanowić realizacji podstawy programowej, a w szczególności nowych tematów. Kuratorium wskazało też jasno, że nie ma podstaw prawnych, by dzieci rozliczać z takiej pracy ocenami.

Sęk w tym, że spośród wszystkich nauczycieli, którzy pisali, tylko jedna nauczycielka, była to wychowawczyni Benia, sama z siebie uwzględniła te wytyczne i napisała wiadomość z poprawionym zakresem materiału, usuwając z niego to, czego wcześniej z dziećmi nie przepracowała.

Mam wrażenie, że cały ten pomysł ze zdalną edukacją nie ma w ogóle racji bytu. To po prostu nie ma szans zadziałać. Już teraz minister oświaty mówi o przedłużeniu zamknięcia szkół co najmniej do świąt Wielkanocy, a bardzo prawdopodobne jest, że potrwa to jeszcze dłużej. Nauczyciele mieliby wówczas przejść na prowadzenie lekcji przez internet, a nawet odpytywanie, czy przeprowadzanie wirtualnie sprawdzianów. Dlaczego ten pomysł jest bez sensu? Spieszę wyjaśnić.

Komputer w każdym domu?

O ile mi wiadomo, nie ma w naszym kraju obowiązku posiadania komputera i dostępu do internetu. A już na pewno nie ma obowiązku, by dzieci miały komputery. Jasne, wiele osób ma komputer i coraz więcej ma szybkie łącza, ale to wciąż nie jest tak, że mają wszyscy. Sytuacje tu są bardzo różne.

Nasi chłopcy korzystali do tej pory ze smartfonów. Przeglądarka, wyszukiwarka i translator w urządzeniu mobilnym w zupełności im wystarczały. My mamy laptopy, ale to są nasze narzędzia pracy. Nie dam dzieciom swojego sprzętu, bo raz, że obawiam się, iż go popsują, a dwa, że sam nie miałbym na czym pracować. Inny rodzic z klasy Fabiana pisał o tym, że ma komputer służbowy. Nie może oddać go dziecku, bo w razie uszkodzenia odpowiada za niego finansowo. Jeszcze inna mama zwróciła uwagę na to, że ona sama pracuje teraz w domu, a poza tym nawet gdyby udostępniła, to laptop jest jeden, a córki ma dwie.

Problem ze sprzętem i szybkim łączem dotyczy nie tylko uczniów, ale i nauczycieli. Jedna z nauczycielek pytała, co ma zrobić, bo do tej pory nie potrzebowała komputera w domu, korzystała ze szkolnego. Ma teraz wziąć kredyt i kupić?

Niegotowi na e-learning

Wśród wiadomości, które odbierałem od nauczycieli, szczególne wrażenie zrobiła na mnie ta, w której znalazł się link. Okazało się, że prowadzi on do dysku Google. Kliknąłem i pobrałem plik Worda. Otworzyłem plik, a w nim był… nie uwierzycie! Link! Ten z kolei prowadził do jakiejś dziwnej platformy, z której skorzystała nauczycielka. Platforma ta działała w technologii Flash. Mamy rok 2020, Flash nie jest wspierany już od dawna.

Brutalna prawda jest taka, że duża część nauczycieli ma dość niskie kompetencje informatyczne. Nikt nie przygotował ich do uczenia przez internet. Trudno od nich wymagać, by nagle stali się w ciągu tygodnia ekspertami od e-learningu. To po prostu niewykonalne.

To nieprzygotowanie do zdalnej edukacji dotyczy obu stron – uczniów również. Po pierwsze, trudno wymagać umiejętności samodzielnego uczenia się od małych dzieci. Benio chodzi do pierwszej klasy szkoły podstawowej. To nie jest ten etap rozwojowy, w którym można od dziecka wymagać samodzielnego uczenia się. On potrzebuje wsparcia i kierowania od nauczyciela, który zna się na metodyce.

Teoretycznie można by oczekiwać takiej gotowości od uczniów szkół ponadpodstawowych. Problem w tym, że nasz system nauczania wcale nie uczy samodzielności. Skoro się uczniów do samodzielnej nauki nie przygotowało, skoro uczyło się ich metodą pamięciową, zakuwania „od-do”, to trudno teraz wymagać od nich samodzielności.

Rodzic to nie nauczyciel

Posyłamy dziecko do szkoły, wierząc, że nauczyciel nie tylko ma wiedzę ze swojego przedmiotu, ale przede wszystkim – że jest ekspertem w jej przekazywaniu. Nie bez powodu mamy osobnych nauczycieli do poszczególnych przedmiotów. Nawet jeśli ja jako rodzic mam wiedzę np. historyczną, to wcale nie znaczy, że umiem uczyć historii.

Jedna z nauczycielek Fabiana przesłała 25 zagadnień do samodzielnego opracowania, zapowiadając rozliczenie uczniów z realizacji tego zadania. Spośród tych 25 zagadnień zaledwie 5 obejmowało powtórzenie i utrwalenie już omówionego materiału, a 20 dotyczyło zagadnień nowych, których piątoklasiści mieli nauczyć się sami. Dla jasności: chodzi o przedmiot, którego w planie lekcji jest 2 godziny lekcyjne tygodniowo.

Oczywistym jest, że piątoklasista nie ma szans zrobić tego, czego oczekuje nauczycielka, sam. To znaczy, że oczekuje ona, że ja jako rodzic zrobię to z dzieckiem. Sęk w tym, że ja nie jestem nauczycielem. Nie umiem i wcale nie muszę umieć uczyć przedmiotu, którego naucza w szkole ta pani. Gdybym umiał, ona byłaby zbędna.

Warto też pamiętać, że epidemia nie zwolniła przecież nas, rodziców, z pracy. Niektórzy normalnie chodzą do pracy, inni zostali w domach, ale przecież wykonują swoje służbowe obowiązki. To nie jest tak, że za sprawą koronawirusa nagle mamy więcej czasu. Pomijając więc nawet kwestię braku przygotowania pedagogicznego, rodzice często po prostu nie mają możliwości, by przez kilka godzin dziennie uczyć dzieci w domu, bo po prostu muszą pracować.

Przedłużanie się kwarantanny będzie to wszystko potęgowało. Wiele firm wpadnie zapewne w kłopoty, wielu rodziców będzie coraz bardziej martwiło się o to, jak utrzymać swoje rodziny. To wcale nie sprzyja spędzaniu czasu na zastępowaniu nauczycieli.

Zakończenie roku szkolnego

Przeczytałem w sieci pomysł, by zakończyć ten rok szkolny. Gdyby kwarantanna miała przedłużyć się, to jest to chyba rozsądne rozwiązanie.

Pozostaje problem ósmoklasistów i maturzystów, których czekają egzaminy. Sęk w tym, że ich przeprowadzenie może okazać się po prostu niemożliwe. Jeśli epidemia będzie trwała dłużej, a wiele na to wskazuje, to trudno uznać za roztropne spędzenie uczniów i nauczycieli do szkół na egzaminy.

To są poważne problemy, z którymi rządzący, zwłaszcza minister edukacji, muszą się zmierzyć. Zaklinanie rzeczywistości nie jest rozwiązaniem. A na razie wygląda to tak, jakby właśnie to próbowali robić decydenci.

Jakub Śpiewak
Obserwuj
Latest posts by Jakub Śpiewak (see all)

POLECAMY

Przekaż 1% podatku na Fundację LexNostra - pomóż nam bronić pokrzywdzonych