Rodzicu, nie zabijaj dziecka na drodze!

Co rano zaprowadzam Benia do szkoły. Staram się, byśmy dotarli odpowiednio wcześniej, żeby spokojnie zdążył się rozebrać, zmienić buty i pójść do świetlicy, skąd odbiera klasę wychowawczyni. Wychodzę ze szkoły na ogół tuż przed dzwonkiem na lekcję.

Gdy wracam widzę masę uczniów starszych klas, którzy pędzą spóźnieni. I to jest dla mnie zrozumiałe. Gdy ja byłem uczniem, też na ogół leciałem do szkoły na ostatnią chwilę. Nie było to wszak miejsce, do którego szedłbym wówczas z ochotą. Notorycznie widzę jednak również rodziców, którzy odwożą lub odprowadzają dzieci z młodszych klas, wpadając z nimi do budynku równo z dzwonkiem, co oznacza, że dotrą one na lekcje spóźnione.

I tego, przyznam uczciwie, już nie rozumiem. Nie rozumiem, dlaczego rodzic nie jest w stanie tak wyszykować dziecka i siebie samego, by dotrzeć punktualnie. Nawet jeżeli młodsze dziecko, podobnie jak przedszkolak, potrafi zrobić rano niespodziankę i nie współpracować w przygotowaniach do wyjścia, to od tego, jak sądzę, jest rodzic, by, przewidując taką możliwość, po prostu zarządzić pobudkę wcześniej. Choć Benio i Fabian nigdy nie sprawiali mi rano problemów, budzę ich tak, żeby zdążyli zrobić wszystko spokojnie, bez pośpiechu. Jeżeli uwiną się szybciej, mają po prostu jeszcze chwilę na zabawę.

Nie rozumiem tego spóźniania się z rodzicami, bo to jest po prostu uczenie dziecka niepunktualności. Jeżeli rodzic na to przyzwala i w takim procederze współuczestniczy, to skąd dziecko ma potem wiedzieć, że to niekulturalne? Jasne, nauczyciel zapewne da wyraz swojej dezaprobacie, ale wtedy dziecko pozostanie z poczuciem krzywdy i niesprawiedliwości. Uwaga w dzienniku, reprymenda przy klasie – to będzie wszak reakcja na coś, co dziecko zrobiło za wiedzą i zgodą rodzica. Poniesie odpowiedzialność za rodzicielski, a nie swój, błąd.

Ale to spóźnianie to jest – uwierzcie – mały pikuś (Pan Pikuś) w porównaniu z innym zjawiskiem, które przy okazji odprowadzania do szkoły obserwuję.

Stosunkowo niedawno uruchomiono sygnalizację świetlną przy przejściu obok naszej szkoły. Przedtem było ono bardzo niebezpieczne, bo zwłaszcza rano kierowcy pędzili tu jak szaleni. Kawałek dalej, jakieś 100 metrów mniej więcej, jest drugie przejście, już bez sygnalizacji. Notorycznie widuję rodziców, którzy przechodzą ze swoimi dziećmi w połowie drogi między nimi. Tak ciężko jest dojść do któregoś z przejść. Tak ciężko jest skorzystać z przejścia ze światłami. Jak się okazuje, lepiej jest przechodzić na czerwonym świetle albo przebiegać przez jezdnię po skosie.

Serio. Dziś widziałem rodzica, który przechodził po skosie w połowie drogi między przejściami, ciągnąc za sobą za rękę swoje dziecko. I ja tak sobie myślę, że, kurczę, nawet głupota i bezmyślność powinny mieć jakieś granice.

Zakładam, być może nazbyt optymistycznie, że ów rodzic ocenił bezpośrednie zagrożenie, zanim pociągnął dziecko za sobą i razem wtargnęli na jezdnię. Sęk w tym, że nie wziął zupełnie pod uwagę skutków długofalowych.

Dzieci nie uczą się na podstawie tego, co do nich mówimy, ale tego, co zaobserwują w naszym zachowaniu. Być może ten sam rodzic uczył dziecko zasad bezpiecznego przechodzenia przez jezdnię. Na pewno robili to strażnicy miejscy i policjanci z drogówki, którzy odwiedzają szkoły. Cała ta nauka idzie jednak w las, gdy dziecko nie tylko widzi rodzica łamiącego przepisy drogowe, ale jeszcze wciągającego je w takie zachowania. Skoro rodzic tak robi, to nie może to być niebezpieczne – myśli dziecko i trudno temu rozumowaniu odmówić logiki.

Dorosły uczy dziecko zachowań, które mogą kosztować życie. Zastanawiam się, jak potem wypuści to dziecko samo z domu? Będzie żyć w przekonaniu, że ono zachowa się tak, jak mu mówiono, a nie tak, jak sam mu pokazał?

Jak wynika ze statystyk udostępnianych przez Komendę Główną Policji, w 2018 roku w Polsce miało miejsce 2.680 wypadków drogowych z udziałem dzieci w wieku od 0 do 14 lat. Zginęło w nich 58 dzieci, a 2.958 doznało obrażeń. W wypadkach, w których dzieci były pieszymi, rannych było ich 198. (Pełny raport KGP oraz raporty za lata ubiegłe dostępne jest tutaj.)

Mam absolutnego hopla na punkcie bezpieczeństwa moich chłopców na drodze. Odkąd pojawili się w moim życiu, nawet gdy idę sam, pilnuję, by w niczym nie łamać zasad. A kiedy są, korzystam zawsze z okazji, by przypomnieć, jak przechodzimy przez jezdnię. Tłumaczę im, że lepiej się spóźnić niż zginąć w wypadku i nie dotrzeć wcale. Chłopcy mają to tak wpojone, że swego czasu zdarzyło się, iż na widok starszej pani przechodzącej przez przejście na czerwonym świetle, Benio zawołał: „Tato, patrz, jaka niemądra pani!”. A ja wcale nie zwróciłem mu uwagi, tylko, patrząc otwarcie na ową panią, potwierdziłem. Pani spłoniła się ze wstydu. I słusznie.

Ta pani robiła to jednak na własny rachunek. Do pewnego stopnia oczywiście, bo przecież w ewentualnym wypadku naraża też kierowców i osoby postronne. Przyznam jednak, że zupełnie nie umiem pojąć, jak rodzic może narażać własne dziecko. No, po prostu nie umiem. Dlatego mam tylko taki apel, który zawarłem w tytule: Rodzicu! Nie zabijaj swojego dziecka!

Obserwuj

Jakub Śpiewak

Mąż, tata dwóch chłopców - Fabiana i Benia oraz dwójki dorosłych dzieci. Autor tekstów, grafik, fotograf i opiekun techniczny Mądrych Rodziców. Bloger znany jako Spesalvi. Prywatnie bawi się muzyką i fotografią, fan Mike'a Oldfielda i Sabatonu.
Jakub Śpiewak
Obserwuj

Latest posts by Jakub Śpiewak (see all)

POLECAMY