Test Marshmallow w naszym życiu

O teście Marshmallow słyszała pewnie większość rodziców. Jego nazwa pochodzi od smakowitej i słodkiej pianki. W teście dzieci dostały taką piankę. Zapowiedziano im, że jeśli zdołają wytrzymać określony czas i jej nie zjeść, to otrzymają kolejną i będą miały więcej słodkości do zjedzenia.

Kup książkę 'Test Marshmallow'
Kup książkę ‚Test Marshmallow’

Amerykański badacz Walter Mishel przeprowadził swój eksperyment w latach sześćdziesiątych dwudziestego wieku. Jego test z pianką miał badać zdolność do samokontroli poprzez odraczanie gratyfikacji. Umiejętność samokontroli oraz odraczania nagrody, czy też przyjemności, niewątpliwie są przydatne w życiu. Wiele negatywnych zachowań, w tym na przykład objadanie się, nadużywanie alkoholu i innych używek, ale też agresja czy stanowiący problem dzisiejszych czasów internetowy hejt to zachowania impulsywne. Logicznym wydaje się więc wniosek, iż umiejętność samokontroli powinna ograniczać takie zachowania.

Eksperyment Mishela był niewątpliwie widowiskowy, a za sprawą udziału dzieci i ich zachowań – również bardzo urokliwy. Jego miarodajność pozostawia jednak sporo do życzenia. Inna amerykańska badaczka Celeste Kidd rozbudowała go o dodatkową zmienną, która pokazała, że sprawa nie jest wcale taka prosta i czarno-biała. W eksperymencie Kidd dzieci podzielono na dwie grupy. W pierwszej prowadzący badanie składał dzieciom obietnice, np. dotyczące dostarczenia im większego opakowania kredek, ale tych obietnic nie dotrzymywał. W drugiej grupie prowadzący spełniał złożone dzieciom obietnice. Jak można łatwo się domyślić, dzieci z pierwszej grupy znacznie rzadziej decydowały się potem na powstrzymanie od zjedzenia pianki. Powodem nie był jednak brak samokontroli, ale rozsądna kalkulacja, że szanse na otrzymanie owej drugiej pianki są niewiele, skoro prowadzący wcześniej nie spełniał obietnic.

Jeśli chcecie dowiedzieć się więcej o teście Marshmallow, po prostu kupcie książkę, ja natomiast obiecałem przecież w tytule, że napiszę o tym, jak to przełożyło się na nasze życie.

Ubiegły rok szkolny był dla nas trudny. Fabian w czwartej klasie dał popalić i nam, i szkole. Na szczęście usiedliśmy wspólnie ze szkolną panią pedagog, by razem zastanowić się, jak mu pomóc. Jednym z problemów było to, że nasz syn regularnie nie odrabiał pracy domowej, a ja nie mogłem tego nawet sprawdzić, bo nie zapisywał w zeszytach, co nauczyciel zadał, żebym nie mógł tego sprawdzić.

Pani pedagog wpadła na pomysł, by wykorzystać fascynację Fabiana graniem na Playstation. Stworzyliśmy więc system motywacyjny. W poniedziałek rano mój syn dostaje ode mnie kartkę na cały tydzień z tabelką opartą o swój plan szkolnych zajęć. Po każdej lekcji podchodzi do nauczyciela, by ten swoim podpisem potwierdził, czy z jego zajęć powinny pojawić się notatki w zeszycie oraz czy i ewentualnie jaka jest praca domowa, no i czy Fabian zanotował ją poprawnie. Jeżeli na lekcji nie było notatek, naliczam 3 minuty grania. Jeśli były – 5 minut. Jeśli nauczyciel nie zadał nic do domu – 3 minuty, jeżeli zadał i Fabian to zanotował – 5 minut. Jeżeli zawalił – minut nie naliczam.

I w sumie ten system działa, ale jednego problemu nie rozwiązywał. Fabian gryzmoli jak kura pazurem, w dodatku robi wszystko jak najszybciej, byle wreszcie skończyć i móc zająć się czymś dla niego ciekawym (w tym rzecz jasna graniem). W efekcie to odrabianie prac domowych niespecjalnie służy nauce, a zeszyty są de facto bezużyteczne, bo trudno z nich na przykład powtórzyć do klasówki, skoro już po godzinie dziecko nie jest w stanie odczytać, co samo nagryzmoliło.

Jak wiadomo, źródłem rodzicielskiej inwencji bardzo często bywa desperacja i poczucie bezradności. Tłumaczyłem, prosiłem – nie pomagało. Jasne, nie liczyłem na to, że mój syn zacznie kaligrafować albo że nagle przestanie robić błędy ortograficzne, bo tu działa dysgrafia, ale bardziej zależało mi na tym, żeby zaczął w ogóle przykładać się do pracy, a nie – robić wszystko do szkoły „na odczepnego”.

I któregoś dnia, gdy znów zobaczyłem te zeszyty, pomyślałem o teście Marshmallow. Miałem do niego stosunek sceptyczny, ale pomyślałem sobie: Właściwie co mi szkodzi spróbować? Niczym wszak nie ryzykuję. Gorzej raczej nie będzie.

Zaproponowałem więc układ. Jeżeli po powrocie do szkoły Fabian przepisze notatki z lekcji i pracę domową „na czysto”, starając się pisać najstaranniej, jak potrafi, to za każdy przedmiot doliczę dodatkowe 5 minut grania. W pierwszym odruchu Fabian odrzucił moją propozycję. Można rzec: był jak te dzieci, które chciały od razu zjeść piankę. Po pewnym czasie przemyślał jednak sprawę i wrócił z deklaracją, że pomysł akceptuje. Czy od tego momentu pisze starannie? Ależ skąd! Nadal bazgrze. Czy przestał robić błędy ortograficzne? Ależ skąd! Nadal potrafi napisać „menszczyzna” obok „zwieżenta”. Ale zaczął się starać. Przepisuje, a przy tej okazji – głęboko w to wierzę – zawsze coś w głowie zostaje.

Ktoś może powiedzieć, że granie stało się gratyfikacją. Tak, to prawda. Ktoś może nawet uznać, że jest to forma przekupstwa. To prawda. A czy my w dorosłym życiu nie dostajemy gratyfikacji, które mają nas zachęcić do robienia tego, czego ktoś inny oczekuje? Dostajemy. Czy nie bywamy w jakimś sensie przekupywani? Bywamy. Tak to działa. Gratyfikacja to nic innego jak nagroda, coś, co motywuje, zachęca, ale i modeluje zachowania. Na tym poniekąd opiera się przecież wychowanie.

ilustracja główna: Obraz ally j z Pixabay
tekst zawiera linki afiliacyjne
Obserwuj

Jakub Śpiewak

Mąż, tata dwóch chłopców - Fabiana i Benia oraz dwójki dorosłych dzieci. Autor tekstów, grafik, fotograf i opiekun techniczny Mądrych Rodziców. Bloger znany jako Spesalvi. Prywatnie bawi się muzyką i fotografią, fan Mike'a Oldfielda i Sabatonu.
Jakub Śpiewak
Obserwuj

Latest posts by Jakub Śpiewak (see all)

POLECAMY