Jak to mnie zachwyca, skoro nie zachwyca?

Pamiętacie „Ferdydurke” Witolda Gombrowicza? Wiecie, że ta książka ukazała się w 1937 roku, czyli 82 lata temu? Już wtedy lektury szkolne i sposób ich omawiania były problemem. A ten problem tylko się pogłębił…

Przytoczę tu, oczywiście we fragmentach, wykład profesora Bladaczki:

Dlaczego Słowacki wzbudza w nas zachwyt i miłość?  (…) Hm…dlaczego? Dlatego, panowie, że Słowacki wielkim poetą był! Wałkiewicz! Dlaczego? Niech Wałkiewicz powtórzy – dlaczego? Dlaczego zachwyt, miłość, płaczemy, poryw, serce i lecieć, pędzić? (…) Wielkim poetą! Zapamiętajcie to sobie, bo ważne! Dlaczego kochamy? Bo był wielkim poetą. Wielkim poetą był! Nieroby, nieuki, mówię wam przecież spokojnie, wbijcie to sobie dobrze w głowy – a więc jeszcze raz powtórzę, proszę panów: wielki poeta, Juliusz Słowacki, wielki poeta, kochamy Juliusza Słowackiego i zachwycamy się jego poezjami, gdyż był on wielkim poetą.

I odpowiedź Gałkiewicza:

Boże, ratuj, jak to mnie zachwyca, kiedy mnie nie zachwyca? (…) słowo honoru, nikogo nie zachwyca. Jak może zachwycać, jeśli nikt nie czyta oprócz nas, którzy jesteśmy w wieku szkolnym, i to tylko dlatego, że nas zmuszają siłą…

Wcale nie tak dawno nasz Młodszy Starszy musiał przeczytać do szkoły „Karolcię”. Czytaliśmy i my, zgodnie, solidarnie z nim płacząc, bo było to jak tortura, a w dodatku na każdym kroku musieliśmy wyjaśniać, dlaczego różne zachowania przedstawione w książce pozytywnie wcale pozytywne nie są, bo np. naruszają prawa dziecka. Potem były „Dzieci z Bullerbyn” i kiedy Fabian spytał, o czym właściwie jest ta książka, to mieliśmy problem, bo żadne z nas nie miało pojęcia. Czytaliśmy, ale zgodziliśmy się, że właściwie ta książka jest o niczym. Ot, no, jest Bullerbyn, są w nim dzieci i… i na tym koniec.

Spora część lektur jest po prostu anachroniczna. Książki, którymi zachwycali się nasi pradziadkowie, dziadkowie, rodzice, czy nawet my sami, niekoniecznie muszą nadawać się dla współczesnego pokolenia. W kanonie lektur szkolnych bardzo długo był „Dom w domu” Anny Kamieńskiej. Uwielbiam tę książeczkę mojej Babci, bo opowiada o mnie. Cieszę się jednak, że z kanonu została usunięta, bo mam świadomość, że dla współczesnych dzieci byłaby po prostu nudna.

Z jednej strony mamy więc często źle dobrane lektury. Z drugiej – mamy ich bardzo dużo. W efekcie przy żadnej nauczyciel nie może zatrzymać się na dłużej i omówić jej swobodnie, ale też szczegółowo. Pędzi, bo ma „program do zrealizowania”. A może warto byłoby mieć tych lektur mniej, ale za to poświęcić im więcej czasu?

Jeśli oglądacie amerykańskie filmy, w których pojawia się wątek szkolny, to bardzo często uczniowie przygotowują tam inscenizację któregoś z dramatów Szekspira. Omawiają go przez cały semestr i pracują z tym tekstem, żeby go dobrze zrozumieć. Pamiętam też serial, który bardzo lubiłem, „Boston Public”. W publicznej szkole, w jednej z klas pojawił się problem rasizmu. Nauczyciel angielskiego podjął więc samodzielnie decyzję i zmienił lekturę do omawiania na taką, przy której mógł przepracować z uczniami problem, jaki pojawił się w klasie. Wyobrażacie sobie polskiego nauczyciela, który robi coś takiego albo omawia jedną książkę przez cały semestr?

Przede wszystkim jednak: Ilu znacie młodych ludzi, którzy dzięki szkole zachwycili się tekstami omawianymi jako lektury? Nie jest przypadkiem, że tak wielu ludzi nie znosi twórczości Adama Mickiewicza. Szkoła zrobiła co mogła, żeby go znienawidzili. Po pisaniu analizy porównawczej Jacka Soplicy i księdza Robaka trudno naprawdę doceniać piękno „Pana Tadeusza”. A jest co doceniać. (Musiałem to napisać, bo mam mamę polonistkę – sami rozumiecie…)

Moja Babcia również była polonistką, a mój Dziadek uczył innego przedmiotu w tej samej szkole. Gdy Babcia zaczynała omawiać „Śluby panieńskie” lub „Zemstę” Fredry, mój Dziadek zawsze bezbłędnie wychwytywał ten moment, choć Babcia starała się go zmylić. Wkraczał wtedy, niby przypadkowo, do jej klasy i mówił: „O, omawiacie Fredrę! A znacie ten wierszyk?” I ku oburzeniu Babci recytował z pamięci, a pamięć miał świetną, któryś ze sprośnych wierszyków hrabiego Aleksandra. Była w tym głęboka mądrość: w ten sposób uczniowie zobaczyli Fredrę prawdziwego, żywego, który potrafił też bawić się, i to niekoniecznie przyzwoicie.

Niedawno pisałem o tym, że brakuje nam ustalenia celów edukacji. Ten problem wraca i tutaj. Czego my właściwie chcemy? Żeby dzieci zachwycały się Słowackim, nawet jeśli nie zachwyca? A może lepiej, żebyśmy rozbudzili w nich potrzebę albo nawet i umiłowanie do czytania? Może zamiast zmuszać, warto zachęcać? Może zamiast przytłaczać nadmiarem lektur warto odpowiednio je dobrać i omawiać tak, by odnosiły się do doświadczeń uczniów?

A może warto rozważyć ograniczenie listy lektur do absolutnego minimum i wprowadzić w szkołach tzw. czytanie bostońskie? Wiecie, na czym to polega? Otóż w wyznaczonym czasie wszyscy w szkole – i uczniowie, i nauczyciele – czytają, ale każdy sam wybiera, co chce czytać. Nieważne, co czyta – ma czytać. Wybiera to, co go interesuje, tak, by ten czas był przyjemny. Wyrabia w sobie nawyk czytania, dostrzega, że może być to fajne. To daje szansę, że po szkole może też sięgnie po książkę. A może – kto wie – będzie to coś, co dawniej należało do znienawidzonego kanonu lektur szkolnych?

Obserwuj

Jakub Śpiewak

Mąż, tata dwóch chłopców - Fabiana i Benia oraz dwójki dorosłych dzieci. Autor tekstów, grafik, fotograf i opiekun techniczny Mądrych Rodziców. Bloger znany jako Spesalvi. Prywatnie bawi się muzyką i fotografią, fan Mike'a Oldfielda i Sabatonu.
Jakub Śpiewak
Obserwuj

Latest posts by Jakub Śpiewak (see all)

POLECAMY