Hejt czyli internetowa nienawiść

O hejcie mówi się teraz niemal wszędzie. Czym jest hejt? Jak mu zapobiegać? Co zrobić, by nasze dzieci nie stały się ani ofiarami ani sprawcami hejtu? Jak reagować, gdy to się stanie? I czy to na pewno jest coś nowego, internetowego?

Czym jest a czym nie jest hejt

Nie lubię słów „hejt”, „hejter”, czy „hejtować”, bo zaciemniają one sedno problemu. Łatwo jest schować się za brzmiącym światowo określeniem. Powiedzmy jasno: hejt pochodzi od hate, czyli nienawiść. Problemem nie jest hejt, problemem jest nienawiść. Słowo to jednak zakorzeniło się już mocno w języku i nie ma chyba sensu z nim walczyć. Warto jednak pamiętać, co ono tak naprawdę oznacza.

Z drugiej strony obserwuję z zaniepokojeniem, że każdy przejaw krytyki może zostać bezkarnie określony mianem hejtu, czyli mowy nienawiści. Krytyka zaś jest ważnym elementem naszego życia, niezbędnym do prawidłowego funkcjonowania.

Zacznijmy więc od tego, żebyśmy umieli odróżniać krytykę od hejtu. Najprościej byłoby pewnie uznać, że kryterium oceny jest intencja autora komunikatu, ale to rodzi problem: nie siedzimy wszak w jego głowie i tej intencji możemy się jedynie domyślać.

Czytałem niedawno komentarze pod wpisem pewnej aktorki, która postanowiła nagrać piosenkę, porywając się przy tym na trudny i ambitny repertuar. Przyznam szczerze: podobnie jak spora część komentujących uważam, że pani ta nie sprostała wyzwaniu, którego się podjęła. Znaleźli się tacy, którzy pisali: „dno i kilometr mułu”, ale też i tacy, którzy swoją krytykę wyrazili tak: „Jest pani świetną aktorką i proszę się tego trzymać, muzyka nie jest pani najmocniejszą stroną”. I jedni, i drudzy skrytykowali dokonanie muzyczne aktorki, bez trudu jednak wyczuwamy różnicę między tymi komunikatami.

Krytyka, którą określamy jako hejt, jest na ogół pozbawiona wrażliwości na jej adresata, ma na celu obrażenie go, choćby tylko po to, by dać upust naszym chwilowym emocjom. Jest złośliwa, deprecjonująca, nawet jeżeli – wbrew temu, co uważają niektórzy – nie zawiera słów obraźliwych czy wulgarnych. Cechuje ją, jeśli nawet nie nienawiść, to niechęć i brak szacunku do adresata.

Wolność nie jest absolutna

Jednym z ulubionych argumentów hejterów jest wolność słowa. „Ja tylko wyrażam swoje zdanie, mam do tego prawo” – piszą oni bardzo często. Każdą próbę ograniczenia ich działalności określają mianem ataku na wolność słowa właśnie i cenzury. Pomijają jednak przy tym to, co niewygodne.

W przypadku internetu wolność słowa polega na tym, że każdy ma możliwość wyrażenia swojej opinii. Nie oznacza to wcale, że ma ją zawsze i wszędzie, a tym bardziej – że jest zwolniony z odpowiedzialności za to, co, gdzie i jak pisze. Twoja wolność mówienia nie oznacza mojego przymusu słuchania, Twoja wolność pisania – mojego przymusu czytania.

Inaczej mówiąc: Jeśli masz ochotę przyjść do mojego domu i zrobić kupę na środku salonu, to ja mam prawo nie wpuścić Cię do środka, a jeżeli wpuściłem – wyrzucić za drzwi. Masz jednak pełne prawo zrobić tę kupę we własnym salonie i siedzieć w tym smrodzie, jeśli odczuwasz z tego jakąś przyjemność. Masz swój profil na Facebooku i pisz tam, co Ci się żywnie podoba, ale jeśli przychodzisz do mnie, szanuj moje zasady gry. A jeśli nie podobają Ci się standardy społeczności, czyli ogólne zasady dobrych manier na Facebooku, to skasuj konto, bo przy rejestracji zaakceptowałeś te reguły.

Nie ma wolności bez odpowiedzialności. Odpowiedzialność tę należy zaś rozumieć dwojako.

Po pierwsze, jako gotowość poniesienia konsekwencji swoich zachowań. Jeżeli decydujesz się na złamanie regulaminu portalu, licz się z banem. Jeśli przychodzisz na mój profil i obrażasz mnie jako gospodarza tej przestrzeni, spodziewaj się, że Cię z tej przestrzeni wyproszę. Moja wolność może polegać na łamaniu zasad, ale muszę być gotowy ponieść tego konsekwencje. Jeśli chcę znieść taką odpowiedzialność, pozbawiam się wolności.

Po drugie zaś, odpowiedzialność to również myślenie o konsekwencjach tego, co robię, mówię, piszę – dla mnie i dla innych. Przypomina mi się tu historia nastolatka zaszczutego z powodu orientacji seksualnej, który popełnił samobójstwo. Ludzie, którzy mu dokuczali, gnębili go, nie chcieli przecież doprowadzić do takiej tragedii. NIe myśleli o konsekwencjach tego, co mówią i piszą. Oni „tylko wyrażali swoją opinię”. Nie interesowało ich, co czuje ten, o kim się wypowiadają, jaką ma wrażliwość, czy uniesie emocjonalnie i psychicznie ciężar ich słów. Doprowadzili go do samobójstwa niechcący, mimochodem, nie – intencjonalnie, ale z braku wrażliwości, szacunku, odpowiedzialności i wyobraźni. Nie zmienia to jednak faktu, że jego śmierć obciąża ich sumienia.

Hejterzy są wśród nas

Jak wiecie, Facebook pokazuje nam, choć wedle własnego uznania, powiadomienia o aktywności naszych znajomych. I tak pewnego dnia zobaczyłem, że osoba z mojej rodziny zamieściła komentarz na facebookowej stronie pewnego portalu plotkarskiego. Wiedziony ciekawością kliknąłem i przeczytałem. I tak zostałem ze szczęką do podłogi, bo okazało się, że komentarz ów był na wskroś hejterski.

Często wydaje nam się, że hejterzy są gdzieś daleko, że to jakiś inny świat, inni ludzie. Tymczasem okazuje się, że hejterzy są wśród nas. Takim internetowym nienawistnikiem może okazać się Twój dobry kolega, ulubiona ciocia albo… Twoje dziecko.

Takie zachowania nie są domeną dziwnych stworów zwanych hejterami. Problem dotyczy ludzi, czasem naszych bliskich. Pewnie o tym nie wiesz, ale w Twoim otoczeniu są oni na pewno. Bardzo możliwe, że i Ty masz na sumieniu takie zachowania. Ja sam, za sprawą ostrego temperamentu polemicznego, nieraz pewnie w dyskusjach online przekroczyłem granice. Chcąc wygrać w dyspucie, błysnąć przed innymi, pozwalałem sobie na złośliwość, zbyt ostrą krytykę, wbijałem szpile, choć wcale nie było to potrzebne. Coraz częściej zastanawiam się przed publikacją i z niej rezygnuję, ale skłamałbym, gdybym twierdził, że jestem całkowicie wolny od win.

To nie jest problem dzieci i młodzieży

Od wielu lat wiele mówimy o zjawisku tzw. cyberbuyllingu, czyli po polsku: cyberprzemocy. Pewnie to dlatego problem hejtu kojarzy nam się przede wszystkim z dziećmi i młodzieżą.

Tak, to prawda. Dzieci i młodzież potrafią być bardzo okrutne, zwłaszcza w internecie. NIe oszukujmy się jednak: My, dorośli, dajemy im przykład, jak to robić. Uczą się od najlepszych. Popatrzcie na komentarze, które ludzie zamieszczają na stronach popularnych portali. Właściwie nie ma znaczenia, o czym jest tekst, i tak pojawią pod nim takie wypowiedzi, że aż wstyd czytać. I to nie dzieci tam piszą, serio.

Nie od dziś wiadomo, że dzieci mniej uczą się z tego, co do nich mówimy, a więcej – z tego, co im swoim zachowaniem zaprezentujemy. Nie miejmy pretensji do młodych, że hejtują, skoro my, dorośli, sami robimy to samo i dajemy im przykład.

Nie rozwiążemy tego problemu wśród młodych ludzi, jeśli nie zajmiemy się nim wcześniej wśród dorosłych. Inaczej będziemy zawsze zderzać się z kontrargumentem: „Nie jesteście lepsi”.

Hejt to nie jest nowość

Wbrew temu, do czego próbują przekonać nas media i rozmaite kampanie społeczne, hejt nie jest żadną nowinką, nie pojawił się wcale wraz z internetem. Istniał od zawsze, tylko był mniej zauważalny. „Grubas”, „okularnica”, „ryży”, „głupek” – czy w czasach przedinternetowych dzieciaki nie dokuczały sobie w szkole albo na podwórku?

Internet ułatwił i – co ważniejsze – zwiększył zasięg. Poza tym raniące słowa rzucone przy trzepaku z czasem ulatywały, a napisane w internecie zostają na długo. Wraz z większym audytorium większe staje się też poniżenie ofiary, które trwa dłużej, bo raniące słowa zostają w sieci.

To jest zmiana bardzo ważna. Ale sama istota problemu nowa nie jest. To nie jest problem technologii, ale wartości i to do nich musimy się odwołać, jeśli chcemy coś z tym problemem zrobić.

Kiedyś sądzono, że duży wpływ na skalę hejtu ma internetowa anonimowość. Wiemy jednak, że ta anonimowość jest bardzo złudna – ustalenie tożsamości internauty nie jest problemem, zwłaszcza dla organów ścigania, ale nie tylko, czego dowiodły historie celebrytów, którzy ujawniali tożsamość osób ich obrażających. Poza tym ludzie nie mają żadnych oporów, co widać zwłaszcza na Facebooku, by pluć jadem również wtedy, gdy występują pod swoim imieniem i nazwiskiem oraz z twarzą na zdjęciu profilowym.

Co mogę jako rodzic?

Powtórzę: hejt to nie jest problem technologii, lecz – wychowania. Jako rodzice mamy więc duże pole do popisu. Możemy zapobiegać i – obyśmy nie musieli – reagować.

Hejt to krytyka pozbawiona szacunku do drugiego człowieka. Możemy więc od małego uczyć nasze dzieci szacunku do innych. Hejt to brak empatii i poczucia odpowiedzialności za innych – tego uczymy dzieci w procesie wychowania. Hejt to brak odpowiedzialności za własne czyny i słowa, czyli warto stosować metodę naturalnych konsekwencji – dziecko powinno ponosić konsekwencje tego, jakich dokonuje wyborów.

Jak pisał kiedyś Bronisław Markiewicz:

Do odpowiedzialności można wychować człowieka tylko przez czynienie go odpowiedzialnym.

Jeśli będziemy dziecko wychowywać na dobrego, wrażliwego, empatycznego, przyzwoitego człowieka, możemy uchronić je od stania się hejterem.

Jeżeli jednak zorientujemy się, że postępuje ono w sieci niewłaściwie, nie wpadajmy w panikę. Po prostu na spokojnie wytłumaczmy, dlaczego to jest złe. Odwołajmy się do zasady „nie rób drugiemu, co tobie niemiłe” i spróbujmy pokazać dziecku sytuację analogiczną, w której ono czułoby się źle. Dla jasności: pokażmy, a nie stawiajmy je w takiej sytuacji.

A jeżeli nasze dziecko padło ofiarą hejtu, to przede wszystkim udzielmy mu wsparcia. Ono potrzebuje pozytywnych komunikatów, bo negatywne już przecież odebrało. Jeśli sytuacja tego wymaga, interweniujmy – w szkole, a czasem i na policji, gdy złamano prawo. Róbmy to jednak z dzieckiem, a nie – wbrew niemu. Pamiętajmy, by nie panikować: czasem ostre kłótnie między dziećmi, one same rozwiązują lepiej same niż wtedy, gdy wtrącą się w to dorośli.

Starajmy się od początku budować w dziecku poczucie własnej wartości i szacunek do siebie. Jeśli wyposażymy je w to zawczasu, w trudnej sytuacji będzie miało do czego się odwołać i z czego czerpać siłę.

Nauczmy też nasze dzieci i samych siebie jeszcze jednej ważnej sprawy: internet ma jedną zaletę – można zawsze wyłączyć komputer.

Obserwuj

Jakub Śpiewak

Mąż, tata dwóch chłopców - Fabiana i Benia oraz dwójki dorosłych dzieci. Autor tekstów, grafik, fotograf i opiekun techniczny Mądrych Rodziców. Bloger znany jako Spesalvi. Prywatnie bawi się muzyką i fotografią, fan Mike'a Oldfielda i Sabatonu.
Jakub Śpiewak
Obserwuj

Latest posts by Jakub Śpiewak (see all)

POLECAMY