Internetowa patologia

Mądry InternetKorzystam z Youtube w sposób dość specyficzny. Na potęgę oglądam filmiki prezentujące możliwości różnych syntezatorów, bo moją pasją stało się tworzenie muzyki elektronicznej. Lubię też wyszukiwać muzyczne perełki, np. piosenki Rammstein w aranżacji na ludowe instrumenty rosyjskie, AC/DC w konwencji country albo Metallica w stylu blue grass. Dzięki temu wiele zjawisk obecnych na największej platformie wideo mnie omijało.

Nasze dzieci są już jednak w wieku internetowym, starszy ma nawet swoich idoli wśród gamerów, więc, chcąc – nie chcąc, musiałem zacząć rozglądać się po Youtube i wkraczać w takie jego zakątki, do których sam z siebie za żadne skarby bym nie zajrzał. Trzeba przecież wiedzieć, co robią moi synkowie, by móc na to odpowiednio zareagować.

W ten sposób, ale też dzięki szumowi medialnemu wokół gali Fame MMA, poznałem zjawisko patojutuberów, patostreamerów i patoinfluencerów. Tak, „pato” to przedrostek wskazujący na patologię. Nazwy są absolutnie adekwatne do zjawisk, które określają. Mówiąc językiem współczesnym, jest to „rak internetu”, a od oglądania tego typu treści „oczy krwawią”.

W gali Fame MMA zmierzyły się ze sobą jedna z sióstr Godlewskich oraz Marta Linkiewicz. Kim są siostry Godlewskie akurat wiedziałem i jak na moje standardy (ale proszę pamiętać, że ja oglądam głównie ludzi z pasją, którzy starają się być najlepsi w tym, co robią) już one zaliczają się do patologii. O jej rywalce musiałem poszukać informacji i dowiedziałem się, że jej szczytowym osiągnięcie jest zaspokojenie oralne grupy raperów po ich koncercie, które to doświadczenie owa młoda – nie napiszę dama, bo to by brzmiało szyderczo – niewiasta ze szczegółami zrelacjonowała w internecie. Jak się okazuje, jej głównym zajęciem jest relacjonowanie imprez, przygodnego seksu oraz przyjmowania różnych używek z alkoholem na czele.

I to nie jest jednak jeszcze szczytem dostępnej w sieci patologii. Większość z niej odbywa się w ramach tzw. streamów, czyli przekazów wideo na żywo. Mamy tam picie, narkotyzowanie się, wulgarność, przemoc wobec najbliższych (np. bicie matki) albo osób niepełnosprawnych, itp. Wszystko to na oczach śledzących to na bieżąco widzów.

Rafonix, Gural, Marlenka i Rafatus, Medusa, DanielMagical – to pseudonimy najbardziej znanych patostreamerów. Ich działalność potrafi być bardzo dochodowa. Dzięki reklamom wyświetlanym przy ich filmach oraz wpłatom od widzów potrafią zarobić nawet kilkadziesiąt tysięcy złotych miesięcznie. A, jak twierdzi znany youtuber Sylwester Wardęga, jeden z takich wirtualnych idoli potrafił zarobić nawet kilkanaście tysięcy złotych dziennie. Przy wpłatach od widzów, często nawet drobnym, działał tzw. efekt skali. Ogromna oglądalność i duża liczba wpłat sprawiają, że zarobki są tak wysokie. Osoby zajmujące się tzw. influcencer marketingiem twierdzą natomiast, że patostreamerzy nie mogą raczej liczyć na dochody ze współpracy z markami, bo te nie chcą być kojarzone z kontrowersyjnym wizerunkiem.

Ze względu na publikowane treści niektórzy patostreamerzy weszli w konflikt z prawem. A to relacjonowali na żywo pobicie sąsiada, a to jeden zachęcał na żywo czternastolatkę do obnażenia się przed kamerką. Prawo pozwala zareagować przy takich ekstremalnych zachowaniach, ale samo zjawisko istnieje i od dłuższego czasu zyskuje na popularności.

Zjawisko patostreamingu czy patoinflucencerów, którzy jak siostry Godlewskie budują karierę nie na talencie, ale na wywoływaniu kontrowersji oraz na wystawianiu swojej prywatności na widok publiczny nie jest czymś nowym. Warto przypomnieć sobie emitowany na antenie TVN program Big Brother, a potem różne inne mutacje tego pomysłu, aż do Warsaw Shore, które pojawiło się na antenie MTV, które z muzyką od lat niewiele ma już wspólnego. Patostreamerzy skorzystali z rozwoju technologii, z tego, że łącza internetowe są coraz szybsze, a sprzęt do rejestracji video – coraz lepszy i tańszy i zrobili krok, czy raczej sporo kroków, dalej. Zanim to zrobili, po drodze pojawili się jeszcze tzw. pranksterzy, np. wspominany wcześniej Sylwester Wardęga, który kręcił filmiki, na których „dla beki” straszył przypadkowych ludzi albo przekraczał ich granice (np. dotykając piersi kobiet na ulicy). Dziś Wardęga kreuje się na moralizatora i potępia patostreamerów.

Trudno przesądzić, co sprawia, że ktoś decyduje się na taką „karierę”. Może to żądza sławy za wszelką cenę? Może nadzieja na wysokie zarobki? Brak hamulców moralnych? Brak pozytywnych wzorców? Warto jednak nie ograniczać się do moralnego potępiania, ale też zastanawiać się nad źródłem zjawiska, by wiedzieć, co może sprawiać, że ktoś wybiera taką drogę. Choćby po to, by nasze dzieci jej nie wybierały.

Istotne jest też to, skąd bierze się taka popularność patoinfluencerów. Dlaczego ktoś chce to oglądać? Dlaczego nasze dzieci oglądają coś, co dla myślącego i mającego kręgosłup moralny człowieka będzie po prostu obrzydliwością? Może zabrzmi to niezbyt ładnie, ale, prawdę rzekłszy, nie rozumiem patostreamerów i cieszy mnie to – gdybym był w stanie rozumieć ich motywy, poczułbym się wręcz zaniepokojony tym, że jestem w stanie myśleć jak oni.

Warto pomyśleć za to, co sprawia, że młodzi ludzie chcą taką „twórczość” oglądać. Co w tych patologicznych zachowaniach jest dla dzieci i nastolatków tak interesujące, pociągające, atrakcyjne?

Młodzi często mówią, że robią coś „dla beki”. Odnoszę czasem wrażenie, że to jest niezwykle istotna kategoria opisu rzeczywistości. „Beka” okazuje się niezwykle istotną motywacją najróżniejszych zachowań.

Inną, niezwykle ciekawą, motywację podali licealiści, z którymi moja mama polonistka omawiała akurat „Tango” Sławomira Mrożka. Gdy zastanawiali się nad zwycięstwem prostactwa i brzydoty, rozmowa zeszła właśnie na internetową patologię. Uczniowie mówili o tym, że oglądają to, by poczuć się lepszymi – „my tak nisko nie upadniemy”.

Oba te wyjaśnienia są na swój sposób pocieszające. Wskazują bowiem na to, że widzowie mają świadomość, iż „twórczość” patoinfluencerów przekracza granice moralne, ale i estetyczne. To już coś. Można też założyć, że na wielu widzów działa mechanizm obrony przed wykluczeniem – oglądam, żeby wiedzieć, o czym rozmawiają moi znajomi. Nie ukrywam: sam zapoznałem się z działalnością sióstr Godlewskich (czego moje uszy do dziś żałują), żeby wiedzieć, o czym rozmawiają ludzie wokół mnie.

Jeśli więc jako rodzic zorientujesz się, że Twoje dziecko interesuje się takimi przekazami w sieci, nie wpadaj od razu w panikę i histerię. Zachowaj spokój i zacznij od tego, by – właśnie na spokojnie – ustalić przyczyny, dla których Twoje dziecko to ogląda. Spytaj, co je interesuje, czy mu się to podoba, a jeśli tak – to co jest w tym atrakcyjnego. Inaczej mówiąc: ustal fakty. To naprawdę nie musi oznaczać, że Twoje dziecię zeszło na poziom patologii. Ale wyjaśniaj też, co to jest patologia i dlaczego takie działania uznajemy za patologiczne. Bez nerwów, bez awantur i bez zakazywania. Wszak owoc zakazany smakuje najlepiej.

Obserwuj

Jakub Śpiewak

Mąż, tata dwóch chłopców - Fabiana i Benia oraz dwójki dorosłych dzieci. Autor tekstów, grafik, fotograf i opiekun techniczny Mądrych Rodziców. Bloger znany jako Spesalvi. Prywatnie bawi się muzyką i fotografią, fan Mike'a Oldfielda i Sabatonu.
Jakub Śpiewak
Obserwuj

Latest posts by Jakub Śpiewak (see all)

POLECAMY