#BackToSchool czyli powrót do szkoły

Pamiętacie to? Im bliżej końca wakacji, tym częściej w myślach powracała wypchnięta z nich na prawie 2 miesiące szkoła. Wszyscy z niechęcią myśleli o tym, że 1 września trzeba wrócić do szkolnego kieratu.

Tytułowe #BackToSchool to hashtag, który pojawia się na blogach dzieci i nastolatków pod koniec sierpnia i króluje na nich mniej więcej do połowy września. Młodzi, a nawet młodziutcy, blogerzy oznaczają nim wpisy, w których – nie! wcale nie opisują swoich refleksji na temat systemu oświaty (no, chyba że określimy tak narzekanie, że trzeba wracać do nauki) – chwalą się swoimi szkolnymi wyprawkami. Plecak, piórnik, artykuły piśmiennicze – jak się okazuje – też mogą być okazją do lansu. Kto ma lepsze, droższe, nawiązujące do aktualnie modnych motywów. Młodzi wykładają cały ten majdan na łóżko, biurko lub podłogę, fotografują i wrzucają na bloga, Facebooka czy na Instagrama.

Ale to jest tylko dygresja, bo przecież nie o w gruncie rzeczy nieszkodliwym lansie na szkolną wyprawkę chciałem pisać. Znacznie bardziej zajmujące dla mnie jest to, o czym wspomniałem w pierwszym akapicie tekstu.

Odkąd istnieje system edukacji w znanej nam formie, z podziałem na rok szkolny i wakacje, wygląda to podobnie: Wakacje to czas upragniony, a powrót do szkoły budzi raczej niechęć. Jasne, miło jest spotkać znów swoich kolegów i koleżanki, ale sama szkoła? Brrr.

Wydaje nam się to niemal tak naturalne jak oddychanie. Ale to wcale naturalne nie jest. Ba! To wcale nie jest dobre. Nie to, że nasi dziadkowie tak odczuwali, nasi rodzice, że my tak to odczuwaliśmy i nasze dzieci tak to odczuwają. Niedobre jest to, że cały ten system jest tak skonstruowany, że takie właśnie odczucia w dzieciach budzi.

Poznawanie świata może i powinno być zajmujące i fascynujące. Ale nie jest. Nie jest, bo szkoła i cały system nauczania skonstruowane są tak, że właściwie dzieci nie mają innego wyjścia jak traktować to jako przykry i męczący obowiązek.

Wchodzą i sadzane są w ławkach na określony czas. Siadają w tych ławkach i mają zajmować się przez wskazany przez dorosłego To wbrew naturze dziecka. Jasne, sporo się poprawiło w początkowym etapie edukacji.

Problem polega na tym, że system stworzony jest z myślą o tym, by wpasować dziecko w założone odgórnie ramy, a nie – by dostosować się do potrzeb i możliwości ucznia. I ja wiem, że przy masowości szkolnictwa tak jest wygodniej. Pytanie tylko: Czy wygodniej znaczy lepiej? Co jest ważniejsze: wygoda nauczycieli i sprawność systemu czy dobro dziecka?

Ktoś powie, że to są mrzonki, ale przecież znamy przykłady wskazujące na to, iż da się zorganizować szkołę tak, by uwzględniała możliwości i potrzeby ucznia, by zachęcała go do poznawania świata i jego reguł, a nie – zniechęcała. Mamy tzw. szkoły demokratyczne czy oparte na koncepcji Marii Montessori. Można? Można.

Problem polega też na tym, że ani rodzice, ani nauczyciele, ani menedżerowie oświaty, ani tym bardziej rządzący edukacją politycy nie zadają sobie kluczowego pytania: Po co to wszystko?

Spieramy się o to, czy w programie nauczania ma być więcej historii krajowej czy powszechnej, więcej matematyki czy nauk humanistycznych. Spieramy się o to, czy kłaść nacisk na przekazywanie encyklopedycznej wiedzy czy na naukę jej samodzielnego zdobywania. Spieramy się o prace domowe – jedni rodzice domagają się ich likwidacji, inni mają pretensje do nauczycieli, że jest tych zadań zbyt mało. Czy szkoła podstawowa ma trwać lat 6 czy 8, czy gimnazja są potrzebne czy też są złem wcielonym? – o to się spieramy. Nie spieramy się jednak o to, po co to wszystko, co chcemy osiągnąć. Dopóki jednak nie odpowiemy sobie na to kluczowe pytanie, inne spory są tak naprawdę bezcelowe.

Ja mam oczywiście swoje zdanie (wolę więcej nauki zdobywania wiedzy niż jej zapamiętywania, wolę brak pracy domowej, itp.), ale to nie ma większego znaczenia. To, czy tych prac domowych ma być dużo czy mało, to, czy ma być więcej zapamiętywania wiedzy czy więcej nauki jej zdobywania, zależy od tego, jaki cel chcemy osiągnąć. Problem w tym, że nikt tego tak naprawdę nie wie. Dobierajmy narzędzia do celów. Nie wymyślajmy celów tylko po to, by uzasadnić nimi wcześniej wybrane narzędzia.

A do tego zapominamy o zabawie, która jest dla dzieci ważna. Zapominamy o wychowaniu, które nie jest tożsame z nauczaniem.

Chciałbym, żebyśmy za cel postawili sobie to, by system oświaty wypuszczał ludzi samodzielnych, ciekawych świata, otwartych, pełnych szacunku dla świata i jego elementów. Gdybyśmy zgodzili się co do tego, moglibyśmy wspólnie (a nie odgórnie) wymyślić naprawdę sensowny system edukacji. Pytanie, czy jesteśmy w stanie zgodzić się ze sobą w jakiejkolwiek sprawie…

Jakub Śpiewak
Obserwuj

Jakub Śpiewak

Mąż, tata dwóch chłopców - Fabiana i Benia oraz dwójki dorosłych dzieci, dziadek jednego wnuka. Autor tekstów, grafik, fotograf i opiekun techniczny Mądrych Rodziców. Bloger znany jako Spesalvi. Prywatnie bawi się muzyką i fotografią, fan Mike'a Oldfielda i Sabatonu.
Jakub Śpiewak
Obserwuj

Latest posts by Jakub Śpiewak (see all)