Sześciolatki w szkole

Organizatorzy akcji Ratuj Maluchy zebrali blisko milion podpisów pod wnioskiem o referendum w sprawie polskiej oświaty, w którym jedno z kluczowych pytań dotyczy posłania do szkół sześciolatków. Premier Donald Tusk już zapowiedział, że wniosku o referendum nie poprze, co oznacza, że do referendum raczej nie dojdzie. Warto przyjrzieć się kilku sprawom związanym ze sporem o obniżenie wieku szkolnego.

Zebrane podpisy trafiły do parlamentu, będą teraz starannie liczone. Nawet jeśli Kancelaria Sejmu zakwestionuje część z nich, to jest ich na tyle dużo, że na pewno ich liczba przekroczy wymagane pół miliona, co oznacza, że parlamentarzyści będą musieli wniosek rozpatrzyć.

Deklaracja premiera oznacza, iż przeciwko wnioskowi zagłosuje rządząca koalicja PO-PSL. Przeciwko referendum zapewne opowie się również opozycyjny SLD, który od dawna popiera obniżenie wieku szkolnego. Za wnioskiem zagłosuje zapewne PiS i SP. Nie wiadomo, jakie stanowisko przyjmie Ruch Palikota, ale nie ma to większego znaczenia, bo parlamentarna arytmetyka jasno pokazuje, że wniosek o referendum przepadnie w głosowaniu.

Władze boją się referendum

To pokazuje jasno, że mamy do czynienia z pewną patologią systemu demokratycznego. Oto bowiem spora grupa obywateli zgłasza wątpliwości co do pomysłu forsowanego przez rząd i chce wypowiedzieć się w tej sprawie w drodze referendum, czyli w najbardziej demokratyczny sposób, jaki można sobie wyobrazić. Politycy mogą jednak spokojnie powiedzieć obywatelom, że mają ich w nosie i taki wniosek odrzucić.

Niezależnie od tego, jakie mamy zdanie w kwestii tej reformy, czy lubimy wnioskodawców, czy też jest nam z nimi nie po drodze (jak mi na przykład), mamy do czynienia z jawnym lekceważeniem obywateli przez polityków. I to wymaga zmiany systemowej. Wniosek o referendum, jeśli podpisze się pod nim odpowiednia liczba obywateli, nie powinien być głosowany przez sejm, tylko trafiać do PKW i być realizowany.

Możemy zastanawiać się, jaki miałby być ten „próg wejścia”. Może powinien być na tyle wysoki, by chronił nas przed organizowaniem co chwilę kosztownych, a nieistotnych plebiscytów. To jest do dyskusji: czy pół miliona, czy milion na przykład. Zebranie miliona podpisów nie jest wcale łatwe. Jeśli jednak okazuje się, że dla miliona obywateli jakaś sprawa jest na tyle istotna, by domagali się referendum do jej rozstrzygnięcia, to trudno mówić, iże jest to temat społecznie błahy.

Skoro spora grupa obywateli zorganizowała się na tyle, by zebrać wymaganą przez prawo liczbę podpisów pod wnioskiem o referendum, to nie może być tak, że rząd odpowiada „a my tego nie chcemy i co nam zrobicie?” Rząd, który zapomina, że to obywatele, czyli Naród, zgodnie z konstytucją są władzą najwyższą, to rząd odwracający się od demokracji.

Czy obniżanie ma sens?

Premier Donald Tusk, jego ministrowie i wspierający go celebryci głoszą swą głeboką wiarę w to, że posłanie sześciolatków do szkół jest ze wszech miar słuszne i zbawienne, niezbędne, a bez tego będziemy zacofani i w ogóle będzie źle. Faktem jest, że w wielu krajach wiek szkolny faktycznie jest niższy niż w Polsce. Pytanie tylko, czy to jest dowód sensowności tej koncepcji? W wielu krajach dopuszcza się małżeństwa jednopłciowe, a nasz rząd jakoś nawet ze związkami partnerskimi ma problem. Korzystanie z takiego dowodu słuszności rząd traktuje więc mocno wybiórczo. Jest to metoda dowodzenia słuszna, gdy to rządowi wygodne, a złudna – gdy prowadziłaby do wniosków dla rządu niewygodnych.

Wierzę jednak, że są argumenty za posłaniem o rok młodszych dzieci do szkół. Tyle tylko że są również argumenty przeciwko. Mam wrażenie, że obie strony sporu tak mocno okopały się na swoich pozycjach, iż nie są w stanie wysłuchać argumentów przeciwnych. Podkreślam: obie strony. Tymczasem każde rozwiązanie ma na ogół wady i zalety, a proces decyzyjny to dokonywanie bilansu plusów i minusów. To za wymaga słuchania się nawzajem i z tym mamy chyba problem.

Ja osobiście mam ogromne wątpliwości co do samej idei obnizania wieku szkolnego, niezależnie od tego, czy inne kraje tak postępują. Osiągnięciem XX wieku było wydłużanie dzieciństwa. Mam wrażenie, że wiek XXI to okres jego ponownego skracania na wielu płaszczyznach. Może wrócimy do 12-latków w fabrykach? Mam wrażenie, że rządowi mogłoby się to nawet spodobać, gdyby tylko odprowadzane były za te dzieci składki na ZUS.

Czy szkoła jest gotowa na 6-latki?

Na to pytanie odpowiedź jest prosta: Nie jest. Nie jest też gotowa na 7-latki ani nawet na 8-latki. Nie radzi sobie też z 10-latkami, 13-latkami, 16-latkami, ani z 18-latkami.

Polski system oświaty oparty jest na przestarzałych wzorcach nauczania. Jest to system, którego kluczowym celem jest wpasowanie dziecka w tryby systemu. (Powtórzenie wyrazu w zdaniu zamierzone.) Polski system nauczania, co podkreśla wielu specjalistów, zajmuje się zabijaniem naturalnej ciekawości poznawczej dziecka i jego indywidualizmu, a wszystko po to, by przygotować je do prawidłowego rozwiązywania testów.

W tym sensie polska oświata jeszcze długo nie będzie gotowa na przyjęcie sześciolatków.

Czy polskie szkoły są jednak przygotowane infrastrukturalnie do przyjęcia młodszych o rok dzieci? Rząd twierdzi, że tak. Twierdził tak jednak i wcześniej, a wiemy już, że się mylił. Jak jest naprawdę? Obawiam się, że – jak to w Polsce na ogół bywa – przekonamy się „w praniu”. Obawiam się też, że stopień tej gotowości może być bardzo różny, a zależy przede wszystkim od tego, na ile samorząd terytorialny mocno inwestuje w podległe mu szkoły. Bo na inwestycje rządowe nikt rozsądny raczej nie liczy.

Piecza to obowiązek rodzica

Prawo nakłada na rodziców obowiązek sprawowania pieczy na dzieckiem. Pieczy, czyli opieki nad nim, troski o nie. Elementem tej pieczy jest więc również to, że rodzice, gdy planowane są ważne zmiany dotyczące ich dzieci, powinni mieć pewność, że te zmiany są dobrze przemyślane, dobrze zaplanowane i dobrze realizowane.

Czy rząd zrobił wszystko, co mógł, by te zmiany faktycznie takie były i by rodziców do tego przekonać? Nie. To, jak ta reforma jest komunikowana społeczeństwu od początku woła o pomstę do nieba, zadając kłam mitowi, że rząd stoi PRem. Rząd PRem leży. Leży i kwiczy. I naprawdę, ściągnięcie celebrytki na konferencję prasową niczego tu nie zmienia.

Kiedy zaś rodzice nie mają przekonania, bo nikt ich do tego nie przekonał, że zmiany są dobrze przemyślane, dobrze zaplanowane i dobrze realizowane, to obowiązkiem rodziców, właśnie w ramach owej troski o swoje dzieci, jest sprzeciwianie się tym zmianom.

Jakub Śpiewak
Obserwuj

Jakub Śpiewak

Mąż, tata dwóch chłopców - Fabiana i Benia oraz dwójki dorosłych dzieci, dziadek jednego wnuka. Autor tekstów, grafik, fotograf i opiekun techniczny Mądrych Rodziców. Bloger znany jako Spesalvi. Prywatnie bawi się muzyką i fotografią, fan Mike'a Oldfielda i Sabatonu.
Jakub Śpiewak
Obserwuj

Latest posts by Jakub Śpiewak (see all)