Szkoła bez papieru

I had a dream. Zaczynam niczym Martin L. King, ale to tylko dlatego, że naprawdę po prostu coś mi się przyśniło. Ten sen brzmi trochę jak marzenie, ale nieco mniejszego chyba kalibru niż to, o czym śnił pastor King. Pomyślałem, że Wam o tym opowiem, bo ciekaw jestem, czy taki sen mógłby się spełnić.

Śniła mi się szkoła. Taka, do której idzie się po maturze. Ale równie dobrze mogłaby pewnie być i przed maturą. Nie była to jednak szkoła policealna, pomaturalna, ani studia wyższe. Ot, po prostu szkoła. Nie była nigdzie zarejestrowana. Nie dawała żadnego państwowego dyplomu. Nie dawała zaświadczeń do ZUS. Może nawet nie używała w nazwie słowa “szkoła”, żeby się nikt nie czepiał formalnie. Nie podlegała więc państwowym rygorom.

Zdanie matury nie było warunkiem przyjęcia. Można było dostać się i bez niej. Ale też, inaczej niż na studiach, matura nie dawała rękojmi dostania się do szkoły. Trzeba było zdać egzamin. Troszkę z wiedzy o świecie, a przede wszystkim sprawdzający predyspozycje kandydata. W końcu wiedzę i umiejętności dopiero ma zdobyć. Matura nas nie interesowała, bo i tak nie daje sensownej wiedzy o kandydacie, a nie trzeba było na nią zwracać uwagi, bo przecież nie byliśmy szkołą pomaturalną ani wyższą. Mieliśmy więc fajnych uczniów. Specjalnie nie nazywam ich słuchaczami, bo nie przyszli tu słuchać, tylko się uczyć. A uczyć się – to nie tylko słuchać, ale i czytać, pisać, mówić, a przede wszystkim – robić. Nasi uczniowie nie przychodzili po papier, nie przychodzili “odbębnić” tak, żeby się nie narobić. Płacili i chcieli się uczyć.

Ponieważ nie byliśmy szkołą wyższą ani szkołą pomaturalną czy policealną z uprawnieniami szkoły publicznej, to mogliśmy mieć w nosie formalne kwalifikacje nauczycieli, na które muszą zwracać uwagę placówki wydające publiczne dyplomy. Nasi nauczyciele mieli mieć wiedzę, umiejętność jej przekazywania, doświadczenie zawodowe i pasję. Uczenie w tej szkole sprawiało im frajdę. Znów – podkreślam słowo “nauczyciel”. Nie “wykładowca”, nie “trener”, ale “nauczyciel”, który ma nauczyć, dobierając odpowiednie narzędzia, czyli będący i trenerem, i instruktorem, i wykładowcą. Wśród nich było miejsce i dla badaczy akademickich, i dla praktyków. Niektórzy nie mieli studiów. Ale mieli doświadczenie.

Szkoła z mojego snu uczyła marketingu. Widziałem w niej wiele znajomych twarzy jako nauczycieli. Byli naukowcy, ale i dyrektorzy marketingu, pracownicy agencji reklamowych, public relations, itd. Byli nawet znani blogerzy. A co.

W programie nauki było miejsce na teorię, bo ona daje podstawy, tworzy fundament, na którym można budować. Ale i na praktykę, bo ona jest budulcem. Był też czas na samodzielne poszukiwania. Program był tak ułożony, by nasi uczniowie po skończeniu szkoły mogli iść do firmy i być tymi pracownikami, których nie trzeba uczyć od zera.

To był fajny sen. Naprawdę. A po przebudzeniu zastanawiam się, czy to się może spełnić. I nie, nie mam tu na myśli gruntownej reformy polskiej oświaty i szkolnictwa wyższego. Nie wierzę w takie bajki. Nie chcę zmieniać systemu od środka. Pytam Was, czy sądzicie, że da się stworzyć taką szkołę poza systemem.

Jakub Śpiewak
Obserwuj

Jakub Śpiewak

Mąż, tata dwóch chłopców - Fabiana i Benia oraz dwójki dorosłych dzieci, dziadek jednego wnuka. Autor tekstów, grafik, fotograf i opiekun techniczny Mądrych Rodziców. Bloger znany jako Spesalvi. Prywatnie bawi się muzyką i fotografią, fan Mike'a Oldfielda i Sabatonu.
Jakub Śpiewak
Obserwuj

Latest posts by Jakub Śpiewak (see all)